Od połowy lutego na stronie Stowarzyszenia Odnowy Samorządu można przeczytać tekst Przemysława Kuchcickiego o wdzęcznej nazwie „Jaką mamy misję”. Tekst jest ponoć popularny, znajduje się więc w odpowiedniej zakładce. Popularność tekstu jest być może wynikiem ilości odsłon, która bije na głowę inne teksty lub przekonaniem administratora strony, że tekst jest wyjątkowo wartościowy, solidny, merytoryczny lub posiada inne walory, które warto na stronie stowarzyszenia promować.
Jaką mamy misję jest tekstem przede wszystkim nostalgicznym, wspominającym i dorobek autora, i pewien wycinek historii Wschowy, którą autor w mniejszym lub większym stopniu kształtował. W końcu ten sam tekst jest i publicznym wyznaniem winy, publicznym biciem się w piersi, publiczną samokrytyką, a wszystko przyprawione etosem misji, czyli wartością, która chociaż kiedyś zaniechana dzisiaj powinna na nowo być szablonem, do którego powinni równać pozostali. Ale – i to też trzeba zauważyć – autor nie tyle bije się w swoje piersi, nie tyle swoje winy wyznaje, co czyni to w imieniu dwudziestoletniej samorządności Wschowy.
Jest więc tekst Kuchcickiego wołaniem o mickiewiczowskie kochajmy się w dziennikarstwie, w Radzie Miejskiej i w relacjach na styku Kościoła katolickiego i jego wiernych, wreszcie w samej lokalnej społeczności. Odpowiedzią na wszelkie bolączki w recepcie, którą wypisuje autor niczym wprawny lekarz, jest odnowa moralna oraz tytułowa misja, wyczucie jej komplikacji i umiejętne wdrażanie jej w czyn. Ostatecznie jak wynika z tekstu wszytko jest misją lub przynajmniej być powinno, począwszy od dziennikarstwa a skończywszy na kapłaństwie. Może i tak jest, że coś być powinno, chociaż nie jest. Że to właśnie misja powinna naznaczać małą społeczność a nie co innego. Z misji bierze się wszystko, a bez misji świat staje się kulawy i ciężkostrawny. Może. Chociaż jestem przekonany, że od misji zależy najmniej. Przynajmniej takiej misji, którą kreśli zamaszyście autor.
Kiedy Przemysław Kuchcicki przechodzi do szczegółów, opisując wschowską samorządność oraz jej przejawy, pozwala na chwilę swojemu konikowi prężyć się w świetle jupiterów. Misja według Przemysława Kuchcickiego to nic innego jak odnowa moralna. Streszcza się ona w kilku słowach: byliśmy kiedyś chamami, a teraz czas chamstwu powiedzieć nie. Oto cała misja. Niestety. Bierze się ona z przekonania, że można skutecznie popracować nad swoją moralną odnową, dokonać w swoim życiu etycznych, niezbędnych korekt, a reszta przyjdzie sama. To jest taki model – powiedziałbym – sekciarstwa. Albo – pozbywając się niewygodnego słownictwa – próba stworzenia grupy moralnego wsparcia (w skrócie GMW). O etycznym wymiarze robotników z gdańskiej stoczni w 1980 roku opowiada prof. Jadwiga Staniszkis w niedawno wydanej książce przez wydawnictwo Czerwone i Czarne Życie umysłowe i uczuciowe. Z Jadwigą Staniszkis rozmawia Cezary Michalski. Staniszkis mówi między innymi, że język etyki tych robotników, który początkowo wydawał się jałowy i pretensjonalny okazał się jednak katalizatorem zmian. Co jednak nie oznaczało, że potrafiono ten język moralności w przyszłości przełożyć na język polityki i w ostatecznym rozrachunku – tak jak, myślę, zawsze przy tego rodzaju ekstrawagancjach – okazał się językiem obrony przed polityką, przed nieznanym. Był raczej zaczynem, który i tak, wcześniej czy później, musiał doprowadzić do zdefiniowania siebie jako podmiotu demokratycznego. Językiem moralności, żeby przywołać najświeższe wydarzenia, posłużył się ostatnio Lech Wałęsa. Pytany o pochówek pary prezydenckiej na Wawelu powiedział, że jako człowiek Kościoła nie może sprzeciwiać się decyzjom władz kościelnych. Działa tu – jak twierdził – Duch Święty. Jeżeli dobrze pamiętam była to odosobniona wypowiedź. We współczesnej demokracji – jak zresztą udowodniły to strony wawelskiego sporu – w sposób naturalny zobligowani jesteśmy do zajęcia stanowiska. I spór – choć dla wielu gorszący – jest przejawem zdrowia nowoczesnego państwa, nowoczesnego powiatu, czy nowoczesnej gminy.
Swego czasu niejaki Andrzej Towiański przybył do Paryża, żeby przekonać emigrantów z Mickiewiczem na czele, że jeżeli tylko popracują nad sobą, wzmocnią ducha i porzucą wszelką cielesną uciechę, Rzeczpospolita zostanie Polakom zwrócona w ciągu sześciu miesięcy. Jak wiadomo nie trwało to sześć miesięcy a ponad sto lat i nie za sprawą odnowy moralnej a za sprawą zupełnie innych czynników, pozbawionych chrześcijańskich wartości. Nie można i nie warto mieszać tych dwóch porządków. Bo jak mówi biblia: królestwo moje nie jest z tego świata. Stąd Wschowie nie jest dzisiaj potrzebna kolejna ekipa, która będzie zatruwać powietrze rzekomą odnową moralną, ale ludzie, którzy potrafią uczynić z miasta nowoczesne miejsce. Przykład towiańczyków i roli Adama Mickiewicza wskazuje na jeszcze jedną cechę charakterystyczną dla wszelkich ruchów odnowy moralnej w historii świata. Poświęcanie jej zbytniej uwagi prowadzi w prostej linii do nadużyć i degrengolady. W skrajnej postaci wśród towiańczyków nawet jedzenie zupy podlegało ocenie moralnej i tego kto np. siorbał traktowano z należytą moralną pogardą. Moralna odnowa zakreślała coraz szerszy krąg i w rezultacie autor Pana Tadeusza musiał przyznać za swoim mistrzem, Andrzejem Towiańskim, którego określał w poddańczych listach Duchem Świętym, że w poprzedniej postaci był Joanną d’Arc, a znowu pewien generał koniem, co czasami przeszkadzało, ponieważ przejęty tym do absurdu rżał jak przystało na konia podczas spotkań, a przecież musiał, bo skoro odnowa moralna wyraża się również i w ten sposób, to nie można jej odmówić artykulacji. Nie można gasić ducha. Nie sposób odnowy moralnej powstrzymać.
Jeżeli dobrze rozumiem współczesną Wschowę, to o jej kształt dzisiaj toczy się – powiedzmy, że się toczy – spór między mitotwórcami i dekonstrukcjonistami. Dla mnie jest to spór zasadniczy i w moim odczuciu tak pewnie będzie przebiegać linia w najbliższych wyborach samorządowych. Ten pierwszy obóz, twórców mitów, opowiada dzisiaj np., że Wschowa postawiła na wykształcenie, ponieważ w 2002 roku wyższym wykształceniem mogło się pochwalić ledwie 6 % mieszkańców. Dzisiaj, po ośmiu latach ten stan znacznie się poprawił i jest to zasługa władz miasta [sic!]. Procentuje to np. pracą w KGHM-ie („Puls Pismo Obywatelskie”, numer majowy, 2010 rok, tekst dostępny w internecie). Pomijam już fakt, że od 2002 roku stopień wykształcenia poprawił się wszędzie, w całym kraju. I nie jest to zasługą tego lub innego ośrodka, ale prostego faktu, że szkoły wyższe otwierają w różnych miejscach swoje filie, a możliwość płatnego studiowania w systemie zaocznym wielu uniwersytetom pozwala na sensowne wydawanie pieniędzy. To powszechne wykształcenie skutkuje dzisiaj tym, że od czasu do czasu studenci renomowanych uniwersytetów wyrażają swój sprzeciw wobec coraz większej liczby osób posiadających dyplom renomowanej uczelni, a nie posiadających wystarczających kwalifikacji. Zresztą dyskusja o jakości powszechnego kształcenia się Polaków toczy się w środowiskach uniwersyteckich od dobrych kilku lat. A wnioski naprawdę nie są pocieszające.
Innym mitem, o którym można przeczytać w „Pulsie” jest konstatacja, jakoby o wzrastającym znaczeniu Wschowy miał decydować fakt, że coraz więcej cudzoziemców, ponoć kilkuset w ostatnich latach, podjęło na terenie miasta pracę oraz osiedliło się na stałe, są to m.in.: Nepalczycy, Tajlandczycy i Chińczycy. Jaki to ma związek z rosnącym znaczeniem Wschowy, tego autor artykułu nie ujawnia. Być może jest to tajemnicą. Nie zmienia to jednak jednego prostego pytania jakie nasuwa się przy okazji: czy inne ośrodki miejskie nie spotykają się z takim zainteresowaniem, czy też rzeczywiście Wschowa stanowi tutaj wyjątek na mapie Polski? Do tych mitów dokładam również i ten o misji, która jest ratunkiem na wszelkie zło drążące wschowską samorządność. Brakuje w tych historiach zachowania proporcji, a przeważa siermiężne branie rzeczywistości w nawias. Niepotrzebnie.
Ostatecznie trzeba te mity obalać. Nie można brać się za kielnię i przykładać rękę do tej budowli. Dokładanie kolejnego mitu, to w moim odczuciu utrwalanie obecnego, wschowskiego porządku: już nie tylko konserwatywnego, prawicowego i katolickiego, ale także mitotwórczego. To jest pewnie jakiś rodzaj szlachetnej drogi, co nie zmienia faktu, że końcem tej drogi musi być detoks lub egzorcyzmy.
Tekst pochodzi z nieistniejącej strony e-fabryka.org (Fabryka Kultury), gdzie publikowałem w latach 2009-2010