Spór o krzyż na Krakowskim Przedmieściu czyli najważniejsza jest Wschowa

W nocy z 9 na 10 sierpnia na Krakowskim Przedmieściu zgromadził się tłum młodych ludzi. Z jednej strony stała grupa obrońców krzyża, z drugiej zgromadził się tłum, którego obecność i aktywność na Krakowskim Przedmieściu spowodowała lawinę komentarzy w mediach. I tak socjolog prof. Radosław Markowski mówi, że byliśmy świadkami nie tyle protestu przeciw archaicznej instytucji kościoła ile przeciw temu, co owa instytucja zrobiła w ostatnich tygodniach. Markowski nie nazywa tego jeszcze ruchem społecznym, który de facto pod pałacem prezydenckim był wesoły i autoironiczny, ale na pewno nie należy tego, co wydarzyło się w Warszawie lekceważyć. Z kolei Halina Bortnowska przewodnicząca Rady Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka zachowanie obrońców krzyża określa brakiem religijnej kultury i nieumiejętnością odnalezienia się we współczesnym świecie. Natomiast o wielotysięcznym tłumie młodych ludzi mówi, że trudno jednoznacznie ocenić, kto z nich jest za laickością i że prawdopodobnie był to sprzeciw wobec politycznego wykorzystywania krzyża. Inni komentatorzy dostrzegają w tym wydarzeniu pewną cezurę, która może stać się zaczynem dyskusji na temat realnego oddzielenia kościoła od państwa. Inni jeszcze jak np. Cezary Michalski widzi w tych młodych ludziach, którzy przyszli pod pałac prezydencki, możliwy do wykorzystania potencjał na rewolucję kulturowo-obyczajową, podobną do tej z 1968 roku.

Pojawiają się również i takie głosy, które w sierpniowej nocy widzą sprzeciw młodych ludzi wobec głosów, że Polska jest katolicka, jednorodna, itd.. Otóż po 9 sierpnia ponoć takie głosy będą już traktowane z przymrużeniem oka.

O tym się w każdym razie pisze, rozmawia, nie sposób tego nie zauważyć nawet tutaj we Wschowie, w miejscu tak bardzo oddalonym od tego co w sierpniową noc wydarzyło się w Warszawie. W miejscu , w którym to co wydarzyło się w Warszawie, prawdopodobnie nie wydarzy się we Wschowie jeszcze przez dobrych kilka lat. A jednak jestem przekonany, że można tę odległość zmniejszyć. Nie da się tego pokonać geograficznie, ale mentalnie, kulturowo, pozbawiając się kompleksów prowincji już tak, można to wydarzenie przetłumaczyć na wschowski język, próbując przemyśleć przyszłość Wschowy, próbując wyznaczać nowe szlaki, którym Wschowa mogłaby przynajmniej się przyjrzeć.

Wschowa pozornie jest miastem odideologizowanym. Do wyborów wyruszają z tego co się orientuję środowiska o mocno spolaryzowanych światopoglądach. Jednak język każdego sztabu wyborczego, każdego kandydata na burmistrza będzie prawdopodobnie uciekał od wyrażania swoich politycznych poglądów. Ważna jest Wschowa – o tym nas będą przekonywać. To ciekawe zjawisko. Wszędzie lub niemal wszędzie wyborcy z uwagą przyglądają się ideologicznemu tłu, które unosi się za kandydatami, rozważają w jaki sposób będzie to miało wpływ na funkcjonowanie miasta, analizują, co może oznaczać taki lub inny światopogląd kandydata na sprawy lokalnej społeczności. Mało tego każdy chce mieć włodarza nowoczesnego, tolerancyjnego, świadomego współczesnych wyzwań. We Wschowie jednak jest odwrotnie. Nie ważne kto, ważne, żeby… Właśnie, ważne, żeby co?

Tak pojmowana Wschowa, odideologizowana, sprawia, że nie ma znaczenia pojawienie się obecnego burmistrza na zdjęciu w portalu zw.pl na tle baneru „Gazety Polskiej”, której ,”prawie cała redakcja” jak donosi Gazeta Wyborcza stawiła się na Krakowskim Przedmieściu, a redaktor naczelny „Gazety Polskie” wymachiwał flagą narodową i wraz z nielicznym tłumem obrońców krzyża wznosił religijne pieśni, najczęściej maryjne. Nieistotne są poglądy, istotna jest Wschowa.

Nie ma znaczenia również fakt, że Stowarzyszenie Odnowy Samorządu zaprasza na swojej stronie na festyn parafialny, gdzie będzie zbierać podpisy pod ustawodawczą inicjatywą obywatelską „Powrót do ojczyzny”. Istotna jest przecież – dodana przez stowarzyszenie – informacja o apolityczności przedsięwzięcia. Nikt przecież nie zada pytania dlaczego tę akurat inicjatywę wspierają? Czy wspieraliby, zapraszając na festyn parafialny, obywatelską inicjatywę polegającą na odrzuceniu ustawy antyaborcyjnej? I czy z podobnym zapałem zapraszaliby na festyn? A jeżeli nie, to dlaczego? Dlatego, że nie każda inicjatywa obywatelska jest apolityczna? Czy może dlatego, że np. projekt antyaborcyjny nie mieści się w ich ideologicznym aparacie pojęć. Czy może wreszcie dlatego, że Wschowa jest najważniejsza?

I żeby nie być posądzonym o koniunkturalizm, to jeszcze jeden przykład: pytam mojego lewicowego przyjaciela czy w kampanii do samorządu postawi sprawę usunięcia krzyży z miejsc publicznych? Wiem, to może brzmi zbyt fantastycznie, ale przyglądam się tej tematyce od kilku dobrych lat. I tak np. w Warszawie (ach, ta Warszawa, a my przecież tutaj, na zadupiu) miał miejsce przypadek kompromisu w jednej ze szkół, gdzie rodzice-ateiści dogadali się z rodzicami-katolikami i z władzami szkoły i krzyż zdjęto ze wszystkich pomieszczeń, poza miejscem, gdzie dzieci rodziców katolików uczęszczają na lekcje religii. Pomyślałem więc – warto o tym w swoim programie napisać. Mój lewicowy przyjaciel odpowiada, że nie. Dlaczego? Bo najważniejsza jest Wschowa.

Mamy zatem taką fantastyczną historię, polegającą na tym, że w wyborach będą uczestniczyli ludzie, których pozornie nic nie różni, a łączy tak wiele: Wschowa i to Wschowa najważniejsza. Może nawet dojść i do takiego paradoksu, że ten kto na zawsze wyrzeknie się jakiegokolwiek światopoglądu, ten wybory wygra.

W Polsce dzieje się jednak wiele ciekawego. Toczą się spory ideologiczne, światopoglądowe, ludzie wychodzą na ulice na naszych oczach, a my tutaj, na tym zadupiu, na dalekiej prowincji będziemy udawać, że świat nas nie interesuje. Że różnice ideologiczne nie dzielą nas. A więc nie ma potrzeby trudzenia się nad projektem miasta, który uwzględni potrzeby wszystkich. Jeżeli mieszkańcy Wschowy nie wyciągną wniosków z tego, co wydarzyło się w nocy z 9 na 10 sierpnia na Krakowskim Przedmieściu być może stracą możliwość upomnienia się o prawa wszystkich, być może tak szybko nie nadarzy się okazja, żeby przypomnieć że Polska nie jest tylko katolickim krajem i – co myślę dla Wschowy jest istotne – istnieją w społeczeństwie grupy, które, podobnie jak młodzi ludzie na „Akcji krzyż”, umówieni drogą przede wszystkim internetową, szczególnie za sprawą portali społecznościowych, konkretnie facebooka, nie zgadzają się na zawłaszczanie ich głosu przez jakąkolwiek opcję polityczną. Nie należą – jak podkreślają to komentatorzy – do żadnego elektoratu czy to prawicy czy lewicy i dają wyraźny sygnał, że dość mają katolickiej okupacji. Okrzyki „do kościoła”, „tu jest Polska” a także – dla części antysemickiej Wschowy to jest również ciekawe doświadczenie – ironiczny okrzyk „Żydokomuna pozdrawia” skierowany do obrońców krzyża, który z pełną nonszalancją ale i zaangażowaniem jeszcze kilka dni temu wykrzykiwał wulgarne jak pisze Michał Sutowski antyrosyjskie, antysemickie i antykomunistyczne hasła; wszystko to sprawia, że nasza rzekomo odideologizowana Wschowa staje się archaicznym pomysłem na złożoną rzeczywistość.

Ta grupa, która pojawiła się na placu Krakowskiego Przedmieścia znajduje się również we Wschowie. Jestem o tym przekonany. Nie, nie fizycznie. Nie sądzę, żeby ktoś ze Wschowy tam pojechał. Jest to grupa, na co zwracają uwagę komentatorzy, która nie bierze czynnego udziału w wyborach, nie należy do bojówek PiS-u, PO, czy SLD, nie zgromadziła się tam za namową politycznego środowiska. Zorganizowała się przez Internet. I dała jedną z ciekawszych lekcji demokracji, obrony własnej wrażliwości społecznej, dała też – co znamienne – powód do doszukiwania się w tym wydarzeniu cezury. Być może jest to pierwszy krok na drodze do odrzucenia hegemonii kościoła katolickiego w tym kraju, we Wschowie, wszędzie. Krok do normalności. Ale również do uświadomienia sobie szczególnie tutaj, na prowincji, że społeczeństwo, mówiąc banalnie, jest zróżnicowane.

Prowincja za kilka, a może kilkanaście lat, będzie spijać śmietankę z tego wydarzenia na Krakowskim Przedmieściu. Przyglądamy się temu w swoich wygodnych, prowincjonalnych fotelach, przed prowincjonalnymi ekranami telewizora, naszego jedynego okna na świat, po czym wychodzimy z domu i uśmiecha się do nas miasto odideologizowane, martwe, dbające o pomniki dla Kresowian, lekceważące tablicę upamiętniającą cmentarz żydowski, tablicę, w którą ktoś, jakiś mieszkaniec lub grupa mieszkańców, niszczy czy to waląc w nią tępym narzędziem, czy obrzucając kamieniami. Żydzi nie są żadnym elektoratem w tym mieście, więc nie ma w ogóle tematu.

Nie sądzę, że można nadal taką politykę miasta tolerować. Chcę wiedzieć od kandydatów jaką mają wizję miasta. Czy homogeniczną, czy różnorodną, w której każdy, dosłownie każdy będzie czuł się jak u siebie, ponieważ żadna część społeczeństwa wschowskiego nie będzie lekceważona dla populistycznego poklasku i kilku głosów więcej w wyborach samorządowych. To czy psie kupki są sprzątane czy też nie, ma dla mnie mniejsze znaczenie niż świadomość, że część społeczeństwa miasta zostaje przez tych lub innych kandydatów usunięta tylko dlatego, że ich ciasne pojmowanie świata nie uwzględnia kilku kolorów.

Ciekawy pod tym kątem jest tekst Joanny Erbel zamieszczony na stronie Krytyki Politycznej. Jakiś czas temu pojawiła się informacja, że Krystian Legierski rozważa możliwość kandydowania na prezydenta Warszawy z ramienia Zielonych 2004. Możliwa kandydatura wywiązała dyskusję. Środowiska lewicowe zastanawiały się czy wyraźna tożsamość seksualna kandydata (związany ze społecznością LGBTQ) oraz tożsamość polityczna nie zaszkodzą Warszawie. Kto jest lepszy – zastanawiano się – technokrata, zarządzający miastem, który w produktywny sposób będzie wdrażał nowe rozwiązania do miejskiej tkanki, czy osoba o społecznej wrażliwości. Joanna Erbel pisze, że różnica między tymi dwoma projektami zarządzania miastem jest co by nie mówić zasadnicza i ujawnia się w priorytetach. Przenosząc tę dyskusję na wschowskie warunki warto zastanowić się czy kolejny burmistrz będzie traktował mieszkańców Wschowy jako czytelników Gazety Polskiej czy różnorodną społeczność. Czy będzie zaraz po objęciu urzędu biegł do Kościoła na mszę, czy może zorganizuje spotkanie z młodzieżą i wsłucha się w jej potrzeby a w rezultacie zaprojektuje np. skatepark. Czy będzie robił sobie zdjęcia pod pomnikiem Kresowian czy zdecyduje się również pod tablicą upamiętniającą cmentarz żydowski. Czy będzie ogłaszał na stronie miasta jedynie festyny parafialne czy również projekcję filmu Podziemne państwo kobiet. Czy wreszcie zrozumie, że miasto powinno sprzyjać mieszkańcom, a nie na odwrót i – rzecz fundamentalna – czy będzie potrafił stwarzać miasto przyjazne dla wszystkich jej mieszkańców a nie tylko dla społeczności o rodowodzie narodowo-katolickim.

Myślę, że to jest odpowiedni czas, żeby przypomnieć o bogatych, skomplikowanych warstwach tego miasta, dla których to miasto musi w końcu się otworzyć: dla wszystkich związków wyznaniowych, dla rodziców ateistów, którzy stoją przed dylematem czy wobec katolickiej dominacji posyłać dzieci na lekcję religii, dla ludzi o odmiennej tożsamości seksualnej, dla lewaków, punków i anarchistów, dla ludzi o wrażliwości ekologicznej, dla skate’owców, fejsbukowców, itd. I nie jak do tej pory: że są, owszem, ale mają siedzieć cicho, bo dostaną po mordzie. Tylko, że są i miasto jest im przyjazne. Wszystko dookoła się zmienia. Nie ma już miejsca dla ksenofobicznej, nietolerancyjnej, o ciasnych horyzontach Wschowy.

Tekst pochodzi z nieistniejącej strony e-fabryka.org (Fabryka Kultury), gdzie publikowałem w latach 2009-2010

Dodaj komentarz