W przerwach najczęściej zaglądam do ,,Dialogu”. Próbowałem kilku pism, zajmujących się współczesną dramaturgią, ale poza starym dobrym ,,Dialogiem” żaden inny mnie do tej pory nie przekonał. Pewnie dlatego, że tutaj od zawsze były publikowane teksty dramaturgiczne. Nie muszę więc domyślać się, co to znaczy na przykład, że niemiecki teatr/dramat przeżywa kryzys lub na odwrót – ma się dobrze. Miesięcznik daje możliwość sprawdzania takich opinii na bieżąco, publikując najciekawsze teksty dramaturgiczne, które w Europie robią furorę na teatralnych deskach. Czasami po kilku miesiącach lub latach mam okazję zobaczyć adaptację w teatrze telewizji w publicznej jedynce.
Do teatru nie jeżdżę niestety. Jednym z moich największych marzeń nie jest kupno samochodu, nowej kuchni, zmywarki lub butów na zimę
wystarczy, że któregoś dnia uda mi się dostać na premierę na jedno z przedstawień Krzysztofa Warlikowskiego. Stąd nie kręcą mnie teatry prowincjonalne, np. w Zielonej Górze, czy ambicje teatralne Centrum Kultury i Sztuki w Lesznie. Mierzi mnie klasyka, chyba, że podlega współczesnej reinterpretacji. W przypadku Warlikowskiego – jeżeli ktoś miał okazję zobaczyć w TVP Kultura – Poskromienie złośnicy Szekspira z genialną rolą Danuty Stenki i nie mniej genialną muzyką Pawła Mykietyna, ten wie o czym mówię – taką klasykę oczywiście trawię. Na razie od czasu do czasu uda mi się kupić płytę DVD z rejestracją jakiegoś przedstawienia teatralnego Warlikowskiego. Tutaj szczególnie polecam Kruma – niedrogo, bo jedyne 30 zł, za to teatr na najlepszym poziomie.
Mam też zazwyczaj sporo uwag do wyboru tekstów oraz ich realizacji przez szkolne koło W ZANadrzu. Brakuje mi w nich powiewu współczesności oraz głosu pokolenia licealistów. Ale to na dłuższą dyskusję. Bo pisząc o tym wszystkim, czyniąc zbyt długi wstęp, miałem zamiar odnieść się do wczorajszego filmu Kolumbia – świadectwo dla świata. A nawet nie tyle filmu, co reżysera Dominika Tarczyńskiego. Bo czytając dzisiaj w ,,Dialogu” krótką notę biograficzną Nis-Momme Stockmanna (listopadowy ,,Dialog” publikuje jego dramat ,,Człowiek, który jadł świat”), trafiłem na zdanie: Niewiele brakowało aby Nis-Momme Stockmann – okrzyknięty przez krytykę nadzieją niemieckiej dramaturgii – został kucharzem.
Wczoraj – tego nie usłyszałem, ale tak mi zrelacjonowała wczorajszą dyskusję po filmie mama – Tarczyński miał powiedzieć, że gdyby nie wyjazd do Kolumbii, to nigdy nie przeżyłby odnowy duchowej w swoim życiu.
Kiedyś, na lekcji języka polskiego jako praktykant, omawiając idee humanizmu, rozrysowałem na tablicy kilka chmurek – w środku stał człowiek oczywiście i obok niego tagi – Bóg, los/przypadek, natura. Poniosło mnie trochę na lekcji i wybiegając na chwile w przyszłość, pokazywałem, że z tego renesansowego schematu współcześnie pozostał tylko przypadek/los (w myśl haseł: XIX wiek – śmierć Boga, XX wiek – śmierć człowieka, XX/XXI wiek śmierć natury [Bruno Latour ukuł taką myśl]).
I to jest dzisiaj współcześnie jedyna rzecz, której możemy być pewni. Stąd przypadek sprawił, że Stockmann został nadzieją niemieckiej dramaturgii, a Tarczyński przeżył chwile religijnego przebudzenia. Co nie zmienia faktu, że dla obu panów, pewnie zupełnie inne czynniki zdecydowały o takim a nie innym scenariuszu ich życia. W pierwszym przypadku Stockmann powiedziałby, że jego talent zdecydował, dlatego dzisiaj nie smaży kotletów, w drugim przypadku Tarczyński uzna, że tak chciał Bóg.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)

Dodaj komentarz