Wybrałem się do Leszna na Pinę w reżyserii Wima Wendersa. Prawie pełna sala, co jak na tamtejszy DKF niemałe osiągnięcie. Film w dodatku w 3D, co – tłumaczyła kasjerka – dodatkowo ściągnął widzów. 3D za 10 zł, to chyba dzisiaj rzadkość. I – chociaż podejrzewałem klapę frekwencyjną – musiałem w końcu ulec presji pełnej sali, tłumacząc sobie, że jednak nie ważne co grają, ważne, że w 3D. I mógłbym się może i mylić, gdyby nie głosy widzów z sali, które przed seansem do mnie docierały, a że byli to widzowie dość głośni, chcąc nie chcąc przysłuchiwałem się ich rozmowom. Począwszy od pytań, co to za film, po słodkie opowieści o samej Pinie Bausch, która ponoć pięęęknie tańczyła i reżyser postanowił zrobić o niej film, a ona – co za baba! – umarła mu w trakcie. W każdym razie leszczyńska publiczność wprawiła mnie w dobry nastrój.
Zanim jednak o samym filmie, to zmuszony jestem kilka słów o swoim pierwszym spotkaniu z Bausch słów kilka skreślić. Nie pamiętam dokładnie roku, trzeci rok studiów, może drugi, zajęcia z Wiedzy o Kulturze z profesorem Smużniakiem. Zanim dotarliśmy do tańca w teatrze, uczył nas odczytywać ruch sceniczny, a żeby nas czegokolwiek nauczyć, puszczał godzinami pantomimę. Sam zresztą jest autorem kilku prac na temat teatru pantomimicznego Henryka Tomaszewskiego. Zresztą wybitny znawca tego teatru, duża osobowość, wymagająca od studentów, czasami zbyt wiele przez co z kolei, chyba każdy kto miał z nim zajęcia pamięta i po latach docenia jego rygorystyczne egzekwowanie wiedzy i – bo nie tylko wiedzy – egzekwowanie postępów w kształceniu sobie wrażliwości na ruch, symbolikę, znak sceniczny. Rzecz zresztą bezcenna.
Nasze zadanie na zajęciach polegało na odczytaniu treści tego, co widzieliśmy na scenie, na której rzecz jasna nikt nie używał słów, a – jak to w pantomimie – cała dramaturgia, treść rozgrywała się na poziomie ruchu i wyrazu twarzy oraz – bo im dalej w las, tym ciemniej – a może przede wszystkim na poziomie po prostu ruchu ciała. Z tego naszego odczytywania dostawało się zaliczenia. A, że profesor był wymagający, to nawet jak student popuścił wodze fantazji, to i tak zaskarbić psora nie zaskarbił. Trzeba było dokładnie odczytywać fabułę, a z seansu na seans fabuły stawały się coraz to skomplikowane, pełne szczegółów i subtelności. Więc czy student chciał czy nie chciał, edukacja ruchu scenicznego postępowała. Musiała po prostu postępować.
Więc kiedy dotarliśmy do tańca, który w mojej ocenie jest najbardziej wymagającym od widza ruchem scenicznym do interpretacji, byliśmy – tak myślę – w miarę przygotowani.
I wtedy zobaczyliśmy Pinę Bausch, a właściwie nie tyle niemiecką twórczynię tańca współczesnego, co jej dokonania w Tanztheater.
No i tutaj muszę zakończyć swoje ciemne wynurzenia, bo jest późno, a w ogóle czuję się lekko przeziębiony jednak, więc w następnym wpisie – jeżeli nic w gminie nie wydarzy się nadzwyczajnego – będę kontynuował wątek z Piną Bausch w roli głównej. Recenzja filmu Wendersa też będzie jakby kto pytał, bo chociaż nikt nie zapyta, to jednak, ja odpowiadam.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)