Między prywatnym a publicznym, czyli jak pisać/nie pisać o Festiwalu 100droga

W niedzielę, zaglądając na portal gazety.pl, mignęło mi zdjęcie Whitney Houston. Radio zepsute, telewizor (który czasami służy za radio) obsługiwał kanały, które z informacjami nie mają nic wspólnego a jedyny news, jaki się mógł pojawić, to zapowiedź kolejnego odcinka disneyowskiego dla dzieci – więc zdjęcie Whitney Houston przeszło bokiem. Nie zwróciłem uwagi ani na litery, ani na kolory, na nic.

Ale po godzinie przypomniałem sobie to zdjęcie na portalu i uznałem, że albo Houston nie żyje albo wydarzyło się coś wyjątkowego w jej życiu. Nie śledziłem nigdy jej kariery muzycznej, ale kilka utworów, które zaśpiewała, pamiętam i chociaż do nich nie wracam, ani ich nie szukam, to słysząc je czasem w radiu nie budzą zgrzytania zębów. Uznałem więc, że sprawdzę jeszcze raz wiadomości na portalu.

Co oznaczało pojawienie się fotografii piosenkarki nie tylko na tym portalu, ale pewnie na wszystkich (nie sprawdzałem) każdy wie. Nie zamierzam jednak teraz opisywać swoich muzycznych fascynacji i wrażeń, wynikających z moich prywatnych przesłuchań, bo poza takimi ulotnymi przyjemnościami, nigdy jej twórczość nie odcisnęła jakiegoś większego piętna. Natomiast przeglądając artykuł Roberta Sankowskiego poświęcony Houston, trafiłem na wzmiankę o związku z Bobbym Brownem, który według Sankowskiego miał najbardziej zgubny wpływ na jej karierę i w rezultacie na jej życie prywatne.
Więcej – pisał Sankowski – od tego czasu było o niej w brukowej prasie niż w poważnych muzycznych periodykach.

To mi z kolei przypomniało – i przepraszam fanów Whitney Houston, ale więcej już o niej w tekście nie będzie, na słuchawkach mam jednak nie Whitney, chociaż doceniam jej możliwości wokalne, to jednak w słuchawkach gra mi teraz Noir Desir – o niewątpliwym sukcesie I Festiwalu Podróżników we Wschowie ale też o jego oddźwięku w internecie.

I zanim skupię się na meritum, to muszę jeszcze wytłumaczyć się z tego jak rozumiem pewien mechanizm. Otóż zrozumiałe jest dla mnie, że istnieje bardzo duże napięcie pomiędzy tym co prywatne a tym co publiczne. Innymi słowy od dawna, a może od zawsze istniał w świecie taki dualizm poznawczy, polegający na konfrontacji pomiędzy autokreacją, osobistą autonomią (to co prywatne) a współobywatelstwem (to co publiczne). Ci pierwsi są echem tego, co dokonuje się w świecie za sprawą takich myślicieli jak Nietzsche lub takich pisarzy jak Nabokov, ci drudzy są wytworem tego, co dokonuje się w świecie za sprawą Marksa lub Habermasa. Żeby dobrze opisać te rozbieżności, należałoby poświęcić temu kilka wpisów, ale myślę, że wymienione osoby sa na tyle znane, że czytelnik będzie w stanie złapać sens.

Ci pierwsi nie wierzą w zbiorowy wysiłek, ci drudzy przeciwnie. Więc ich koncentracja na tym, co obserwują – i teraz te moje spostrzeżenia zwulgaryzuję do potrzeb lokalnych – rodzi zupełnie inne wnioski. Kryją się oczywiście za tym sporem setki lat rozważań i tysiące zapisanych kartek. Gdyby – znowu sprawę uproszczę – np. tym kluczem porównywać zw.pl z blogiem Frakcji Wyrzutowej, to zw.pl jest z Marksa, a Frakcja z Nietzschego. Czyli, żeby wrócić do początku, zw.pl bliżej do współobywatelstwa, Frakcji do autokreacji.

Jedna i druga postawa jest ze sobą w sporze od zawsze. Można ją jednak łączyć, ale trzeba zachować równowagę. Równowaga pojawia się wtedy, kiedy jesteśmy w stanie pomimo tego, że bliżej nam do tego co prywatne, a nie publiczne, znaleźć w sobie tyle odwagi, żeby to co warto zauważyć, nagłośnić, pochwalić nie zagłuszać sprawami pomniejszymi sprawami, które można opisać przy innej okazji. Wbrew pozorom jest to wysiłek i to nie byle jaki, żeby opisać jakieś wydarzenie w sposób pozytywny. Nie ufam z natury takiemu słownikowi, w którym zawarta jest tylko i wyłącznie krytyka, który dysponuje tylko takim zasobem, gdzie nie mieści się już inny obraz świata. Oczywiście ten ogólny rozdźwięk między tym co publiczne a tym co prywatne nie zniknie i dobrze, że jest, bo tak jednej jak i drugiej postawie zawsze coś umyka z racji naturalnych ograniczeń słownikowych. Jeden i drugi może się uzupełniać lub czerpać z cudzych zasobów – to nie jest zabronione.

Jeżeli jednak Festiwal 100droga służyć miałby tylko za punkt wyjścia do krytyki nawet uzasadnionej tego lub innego braku, to szkoda energii. Wtedy lepiej zająć się krytyką, a Festiwal zostawić innym. Nie dlatego, żeby rozpościerać tęczę, ale przede wszystkim, żeby zwrócić uwagę na to, że za sprawą stowarzyszenia i ich przyjaciół zorganizowano wspólnym wysiłkiem coś, czego nie byłem świadkiem w tym mieście od dawna. Jeżeli to nie jest powód, żeby zrobić wokół tego wydarzenia pozytywnej atmosfery, to w takim razie nie ma takiego wydarzenia pod gołym niebem.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)

Dodaj komentarz