Chyba nie ma nic. Taki początek. Emocje, gesty, słowa, kolorowe, różowe wstążki czekają gdzieś w lochach aż im się przydarzy wyjrzeć poza pajęczyny i widok spróchniałych belek, zgniłych ziemniaków oraz złapanych na oślep, rozkładających się szczątek gryzoni.
Od samego początku nie ma nikogo – Żydów, Komunistów, Kapitalistów, Reakcjonistów. Kobiet i mężczyzn. Pogan i wierzących. Białych zębów i ubytków, papierosów i kawy. Jarmuscha i Kieślowskiego.
Przypominam sobie przy okazji anegdotę (?), zasłyszany/przeczytany gdzieś fragment jakiejś dłuższej opowieści (?), którą dobre kilkanaście lat temu opowiadaliśmy sobie w przerwach między lekcją WOS a PO: najpierw przyszli po Żydów, ale nikogo takiego nie znaleźli, potem pytali o katolików, ale nikt taki nie mieszkał z nami, potem domagali się nazistów, ale nikt z nas nie był nazistą, wreszcie przyszli po mnie, ale to nie byłem ja (chociaż równie dobrze mogło brzmieć: nikt z nas nie był mną lub: nikt taki tutaj nie mieszkał)
Pusta, niezapisana, różowa karta. Tak zaczyna się teledysk Gotye. Somebody that I used to know.
Różowy nie umiera. Starzeje się Bóg, Historia, Natura, Człowiek – popełniają albo nieodwracalne błędy, albo przestają być puntkem odniesienia. Co innego z kolorami. Kolory nie starzeją się. Stanowią nawet terapeutyczny środek. Masz skłonności do depresji, pamiętaj o różowej pidżamie lub pościeli. Jesteś zmęczona/y i zestresowany załóż coś różowego. Kolory odpowiadają – tak mówią – za nasze nastroje. Ponoć podświadomie dobieramy kolorystykę naszej garderoby. Więc – skoro zewsząd nie ma oparcia – warto coś różowego na siebie nałożyć.
Prawdopodobnie T. S. Eliot gardził różem, za to różowa okładka polskiej edycji dzienników Virginii Woolf, sugeruje co innego, ale – bo jakżeby inaczej – jest to tylko komercyjny sposób ocieplenia wizerunku pisarki. A skoro jeszcze jesteśmy przy kolorach, to niemieccy naziści wpisali nazwisko autorki Pani Dalloway do czarnej księgi. Kolory nas definiują. Nic innego.
Dlatego teledysk Gotye, polemizuje z preambułą konstytucji Unii Europejskiej, z pierwszymi zapiskami Księgi Rodzaju, z mitologią lub wierzeniami tej czy innej nacji, z filozofią XIX i XX wieku, dowodząc, ze na początku był RÓŻ, dopiero potem człowiek i w rezultacie wszelkie komplikacje, które za sobą przyniósł.
Dlatego, pomimo tego, że bohaterom tego teledysku wydaje się, że przede wszystkim istnieje więź miedzy nimi (zaburzona lub nie, co nie ma znaczenia), definiuje ich tło, czyli pewne bóstwo, doskonałość – RÓŻ (brak depresji, zmęczenia, stresu i co jeszcze).
Kiedy widzę ich wtopionych i nieodróżniających się na doskonałym tle, które wcześniej zostało przecież pokryte jakimiś uzurpatorskimi kreskami i barwami, to nagle – czego jednak nie doceniam w wymowie tego teledysku – doskonałość (róż) sprowadzona do anarchii i (ta doskonałość) w sumie zapomniana, przestaje być punktem odniesienia. Do głosu dochodzi wtórność/plagiat. Ale, ostatecznie, nie ma alternatywy. Takie właśnie Blake’owskie naznaczenie/Blake’owski stygmat – wszystko co robimy, to tęsknota za RÓŻEM/RAJEM/DOSKONAŁOŚCIĄ, której nie da się nigdy osiągnąć. Czyli nie ma doskonałego powiatu, doskonałej gminy, doskonałego burmistrza, nie ma doskonałej miłości ani doskonałego człowieka. Jest tylko tęsknota za nimi.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)