Wszystko podlega interpretacji. Tajne głosowania, przebieg pokojowych, ale nielegalnych demonstracji, sposób gromadzenia się demonstrantów i sposób w jaki się rozchodzą, przebieg dyskusji po publikacji listów otwartych, niezadowolenie rodziców i niezadowolenie tych, wobec których to niezadowolenie się artykułuje. Wszystko, dosłownie wszystko podlega interpretacji. I jako takie jest dozwolone w tym kraju, województwie a nawet w tej gminie, ba!, w samej Wschowie. Moralnie – gdyby przyjąć ten punkt odniesienia – jest nienaganna. Bo interpretacja nie jest wymierzona w coś lub w kogoś, jest próbą wytłumaczenia przede wszystkim sobie tego, co się np. przeczytało, obejrzało, zaobserwowało itd.
Na przykład insynuacje są fe, brzydkie i jako takie źle się kojarzą. Wszystkim. Ale już interpretacja i owszem. Się sprawdza. Bo jest twórczym wysiłkiem. A że można interpretować wszystko, każde wydarzenie, nawet ten tekst, staje się narzędziem wyzwalającym od złych emocji, skojarzeń i brudnych myśli. Mówi ci ktoś np., że insynuujesz, a ty przecież wiesz, że nie – nie insynuujesz, a interpretujesz. Różnica jak stąd do Wenus i w dodatku zasadnicza. Dlatego, żeby nikomu nie wyrządzać krzywdy wymyślono właśnie interpretację.
W interpretacji trzeba się ćwiczyć, nie powiem, że nie, bo ćwiczyć się trzeba we wszystkim – takie czasy. Z początku – jak w każdej dziedzinie życia – wychodzi to topornie. Potem, przy założeniu, że się ćwiczy oczywiście, jest coraz lepiej. A pod koniec życia, to można nawet zostać kyokushinem interpretacji i prawdę mówiąc np. taki Umberto Eco, autor ,,Imienia Róży” prawdopodobnie zmierza w tym kierunku (patrz jego dyskusję nt. interpretacji i nadinterpretacji) – chociaż w zasadzie wyznaję inną szkołę, nie tę preferowaną przez Eco. Ale to już takie dywagacje rodem z teorii literatury. Nieważne. Ważne jest co innego. Po prostu na pewnym etapie życia przestaje się używać tego balastu semantycznego i zwrot interpretacja zastępuje się synonimem: myślę, uważam, jestem takiego a takiego zdania lub – wersja rewolucyjna – jestem przekonany, że to i tamto.
Otóż przyglądając się wczorajszej pikiecie rodziców przed Ratuszem – kończąc już ten przydługawy wstęp i zmierzając do puenty – myślę, że pojawili się tam ludzie, którzy czują się oszukani. Czują, że oszukała ich osoba, której zaufali. Nie wiedzą tego na pewno, ale tak to interpretują. W związku z tym tracą zaufanie do osób publicznych, bo przecież gdyby tego zaufania nie stracili, zostaliby w domu, poszliby na zakupy, poświęcili ten czas swoim dzieciom albo – po prostu – wyciągnęliby nogi i odpoczęli. Ale tego nie zrobili.
Myślę więc, że coś musiało ich zaboleć, że coś w nich pękło. Bo dla samej hecy – jak interpretują to niektórzy komentatorzy na lokalnych portalach – nie wyszliby przed Ratusz. Gdyby zinterpretować przekrój wiekowy protestujących – nie jest to grupa ludzi spod znaku 18+ – tam nie zadziałały nieskomplikowane emocje. Pewnie sto razy się zastanowili, zanim podjęli taką decyzję. Więc skoro zaprotestowali, to – tak to interpretuję – nie można ich lekceważyć. A gdyby jednak ich zlekceważono – to nie można przejść nad tym do porządku dziennego. Bo to jest tak samo – że się teraz posłużę Pismem – jakby przed siwym włosem człowiek się nie pochylał, a drwił z niego.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)