A w taką niedzielę, to człowiek we Wschowie i ze Wschowy, na spacer z psem/kundlem wybiera się w czas kościelnych odpraw tygodniowych. Po drodze (z tym psem) ludzi spotyka, ubranych odświętnie i żal mu tylko (temu człowiekowi), że nie ma takiego wschowskiego Wojaczka, który by zamiast kielicha, w którym ceremonie magiczne odprawia się nie od dzisiaj, kufel piwa wznosił i pożyczał od kelnerki ołówek, wyśmiewany przez naród pobożny (patrz Piosenka bohaterów w wykonaniu Dariusza Wasilewskiego – pod tekstem). Jest za to Jerzy Wschowski, ale co to za kompan, który ze mną i z psem/kundlem na Wschowę z jej obrzeży nie spogląda, a – jak znam życie – w ceremonie magiczne wpatrzony, pod szkolną ławą nogę na nogę zakłada?
W taki niedzielny poranek z przyjacielem tylko i psem/kundlem. Gdyby w pojedynkę, to zaraz jakiś bloger wyskoczyłby zza krzaków i wymachując którąś tam poprawką do amerykańskiej konstytucji, zarzucałby sprzeniewierzanie się dziennikarskim ideałom. A tak człowiek w niedzielny poranek, kiedy naród pobożny ręce w górę wznosi, z przyjacielem i z psem/kundlem na przedmieścia się udaje. Wtedy nawet jak zza krzaków bloger jakiś lub komentator anonimowy wyskoczy, to przyjaciel pierś nastawi i człowiek taki we Wschowie i ze Wschowy dalej iść może. Bo nie po to wyszedł, żeby nie wrócić, żeby się gdzieś po drodze zatracić.
Z przedmieść/obrzeży Wschowa wydaje się karakanem (jak z Schulza), jakby na światło dzienne reagowała skrętem kiszek. I tylko głos pana Henia, który motywuje młodzików z Korony, pozostawia wrażenie, że obrzeża miasta i jej centrum to jedno. Ale już kilka kroków dalej ani pan Heniu, ani dzwony kościelne, ani miasto, ani centrum. Więc myślę: no, skoro tak, to jeszcze krok i pojawi się na horyzoncie ulica, która kończy się księżycem (o księżycu też niżej).
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)