Chciałoby się. Ja bym chciał, ty i jeszcze ktoś tam z tłumu też pewnie by chciał. Jak się tak chce, jeden z drugim chce i dołączy do nich nawet ten lub tamten, to może i coś z tego i będzie. Bo jak nikt nic nie chce, to też dlaczego miałoby wydarzyć się cokolwiek.
Z kolei taki Miron Bialoszewski w mydle-powidle nogi wyciągał pod kołdrą/pierzyną i w nosie miał to i tamto, gości przyjmując czy to Ginsberga, Sartre’a lub takiego Miłosza. W butelce po mleku gasił niedopałki, deklamował zapomniane młodopolskie poetki i zażywał dożylnie eukodal – no, jeszcze tego brakuje, żeby ktoś lub coś Białoszewskiego potraktował/o, mówiąc np. głosem stanowczym i nieznoszącym sprzeciwu: albo ci żyły – w czasie snu – żyły te twoje zgarnę, jak resztę z lady sklepowej albo zaprzestaniesz ty się nielegalnie w stan euforii się wprowadzać, człowieku. Bo – taki argument – żyjesz ty w PRL, to PRL zobacz piękną i pełną śródziemnomorskiej egzotyki. Jak Homer – taki przykład pierwszy z brzegu.
Albo w piątek – idziemy z Adamem i Tomkiem-praktykantem na miasto. Słowem wyprawa. Mówię do Tomka-praktykanta jak na lokalnego patriotę przystało: Wschowa jest ambitnym miastem i mogłaby nawet Euro, tak Euro, gdyby chciała to by mogła zorganizować. Ale nie chciała i Euro nam przeszło koło nosa, ale my to rozumiemy. I nie mamy do nikogo żalu. Mówię to, bo Tomek we Wrocławiu studiuje i może myśli, że zaraz do tego Wrocławia pojedzie, bo bilet ma w kieszeni albo jakiś inny talizman. Więc, żeby nie myślał, że Wschowa nie mogła, mówię, że oczywiście, że mogła, ale nie chciała jak Białoszewski.
I na koniec też piątek, ale kilka godzin później. Już po meczu. Strefa kibica. Remis prawie jak brak prądu w mieście. I myślę sobie: no, we Wschowie wszystko albo nic. Żadnych kompromisów.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)