Kolonia karna, czyli nie ma miejsca

Można ze swoim teatrem objechać cały kraj, ale nigdy zaszlachtowanego karpia nie pokazać w swoim mieście. Bo skoro w centrum grożą ci prokuraturą, to na obrzeżach pewnie spaliliby twój dom.

Albo inaczej: można mieszać się z tłumem i robić do tłumu oko, żeby tłum szczęśliwie, wracając do domu, po drodze w pobliskim dyskoncie, zakupił piwo dobrze schłodzone. Albo na tłum się wypiąć, szczególnie lokalny, rodzimy tłum i nigdy z tłumem dialogu nie nawiązać. Bo – po prostu – tłum cię zdradzi.

Teatr Edwarda Gramonta jest tego przykładem. Dowodem, ze takie lubuskie jest przaśne i karpia zaszlachtowanego na żywo nie jest w stanie przełknąć. A co dopiero kopulacje podczas weselnych przesileń. Owszem, nagość jak każdy tłum, (a szczególnie lubuski tłum, w tym wchowski) jest w stanie zaakceptować, ale to cała fasada odbioru, udziału w tzw. sztuce, która jest możliwa do zaistnienia.

Po ubiegłorocznym widowisku na lgińskiej plaży, zapowiadając tegoroczną Noc Świętojańską, jeden z komentatorów zw tylko tyle zapamiętał – nagie piersi jednej z aktorek. Bo cóż więcej może taki komentator/uczestnik zapamiętać. Nic. Gdyby przyjechał teatr z Zielonej Góry, to chociaż można by pęknąć ze śmiechu i do tego śmiechu powrócić po roku, ale że Terminus A Quo barbarzyńcom nie proponuje zabawy, pozostaje w głowie jedyny i słuszny jak na lokalną wrażliwość obraz.

Ale przecież niech sobie tłum lubuski cebulę kroi, ważne, że od pięciu lat jak przystało na Noc Kupały, nowosolski teatr w lokalne, letnie przesilenie się wkomponował. Co tam Boniecki lub inny Isakowicz, Gramont ze swoim teatrem, to gwarancja wydarzenia.

O tym, dlaczego to co offowe, alternatywne i wartościowe pokazuje się w Lginiu, a we Wschowie Zjednoczony Ursynów w następnym wpisie.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)

Dodaj komentarz