Nie rozumiesz – będziesz tyranem, rozumiesz – możesz tylko zyskać

Dwa lata temu, przed wyborami samorządowymi, funkcjonowała w obiegu krytyka urzędującego burmistrza i jednostek mu podległych, polegająca w dużej mierze na wskazywaniu pewnych elementów życia gminy, która wymagałaby fundamentalnych zmian. Tutaj na coś wskazano, tam na coś wskazano, przykłady mnożono, bo zawsze gdzieś, w innej gminie, wykonuje się coś lepiej, prężniej i skuteczniej.

Pojawiały się więc na krystalicznym wizerunku gminy liczne pęknięcia, które, dotąd nieartykułowane, dawały możliwość i zaistnienia w sferze kontroli obywatelskiej, a jednocześnie uruchamiały mechanizmy demokracji. Przestał obowiązywać jedyny głos w twoim domu. Od tego czasu nadawano na różnych falach i każdy kto był zainteresowany, miał możliwość dotrzeć/skorzystać z innych różnych treści, najczęściej reprezentujących odmienny od oficjalnego punkt widzenia.

Po wyborach samorządowych ta przestrzeń publicznej dyskusji nabrała nowego wymiaru, rozpędziła się i w moim odczuciu dzisiaj, szczęśliwie, w takiej małej Wschowie mamy dostęp do wielu głosów, różnych opinii i podział między rządzącymi a ich oponentami jest jednoznaczny: będziesz dobry w tym, co robisz, zauważą (nie ten to ktoś inny), nie radzisz sobie – też zauważą, opiszą i ocenią.

Władza na jakimkolwiek szczeblu jest w swojej naturze autorytarna. Nie lubi, kiedy ktoś jej zagląda do garnka, proponuje inne przyprawy lub – bo tak najczęściej bywa – sugeruje zmianę potrawy. Moja kuchnia – mówi władza – moje porządki. Ale – tak jak w życiu – w demokracji, o której marzyli wszyscy ci, którzy obserwowali rok 1968, 1981 i inne lata – do kuchni i do garnków zajrzeć może każdy. Takie prawo. Kiedyś, w tych pamiętnych latach, taka postawa była nie do pomyślenia. Dzisiaj przeciwnie. Nie ma już drugiego obiegu. Jest jeden wielki komunikacyjny nurt, w którym każdy kto ma ochotę bierze udział. Rozumiesz to jesteś trendy, nie rozumiesz jesteś passe.

Innymi słowy wartością, o którą poprzednie pokolenie tak zażarcie walczyło przed 89 rokiem XX wieku, jest dzisiaj zaangażowanie różnych stron, konkretnych osób, które o sprawach gminy chcą się wypowiadać. Że trzeba się umieć w tym znaleźć? To zrozumiałe. To przedszkole demokracji. Nie rozumiesz – będziesz tyranem, rozumiesz – możesz tylko zyskać. Rzecz dotyczy oczywiście wszystkich stron dyskusji.

W jednej ze scen Angielskiego pacjenta (produkcja sprzed 16 lat) Ralph Fiennes leży w wannie, do tej wanny wchodzi naga Kristin Scott Thomas. Są kochankami. Ona ma męża, on męża nie ma (nie ma też żony).Rozmowa między nimi nie układa się, ponieważ tematykę abstrakcyjną zamieniają na realną, a rzeczywistość im przecież nie sprzyja (chociaż na marginesie polecam krótką scenę, kiedy Thomas wciera szampon we włosy Fienesa – cała kwintesencja erotyzmu, subtelnego, nie wprost).

Więc Fiennes stara się przywrócić dynamikę rozmowie i pyta trochę trywialnie, a trochę jednak serio, jak to bywa w melodramatach. Chce wiedzieć, kiedy była najszczęśliwsza. Ona odpowiada: w tej chwili. Więc, żeby mieć pełnię obrazu znowu zadaje pytanie. Tym razem o najmniej szczęśliwy moment w jej życiu. Odpowiedź brzmi tak samo – to ta chwila, ten czas.

Podobnie jest z demokracją i tą na najwyższym państwowym szczeblu i tą lokalną. W każdą wypracowaną przez człowieka wartość wrodzona jest dychotomia, niejednoznaczność. Coś co jest na pozór wewnętrznie spójne (jeden głos w twoim domu, tłumaczący świat) – w rzeczywistości jest karkołomną przemocą, siłą zachowującą pozory. Coś, co jest na pozór wewnętrznie niespójne (dwa i więcej głosów w twoim domu tłumaczących ci świat) – jest autentyczne i prawdziwe, a nawet subtelnie i nie wprost tak jak wspomniana scena z wcieraniem szamponu.

Ale – na koniec – pozostaje pytanie jak sobie radzić z tym różnorodnym nurtem? Wybierać spośród zgiełku tylko jeden wątek i być mu wierny? Przeciwstawiać go pozostałym, innym? Wsłuchiwać się pomimo różnorodności tylko w jedną narrację, resztę z definicji traktować jako wrogą?

To też wydaje się lekcją demokracji. Obserwatorzy/czytelnicy pozornie mają wybór i korzystają z niego. Wielość jednak staje się wartością, kiedy traktujemy jej elementy, jako stanowiska bez których obraz całości nie byłby pełny. Wykluczając jeden z nich, wykluczamy samych siebie z dostępu do pełnej wiedzy. Każda opowieść jest jak ciastko z wiśniami. Każdą warto spróbować. Z każdej wypluć pestki. Resztę zjeść.

Dzięki temu można zbliżyć się do ideału świadomego obywatela, który potrafi korzystać przynajmniej z tej sfery demokracji, dostępu do rozmaitych wiadomości, informacji, tekstów. W przeciwnym wypadku można jedynie zostać bezkrytycznym narzędziem w rękach tej lub innej opowieści, bez względu na to czy jest to opowieść władzy, opozycji czy innych wolnych strzelców.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)

Dodaj komentarz