01. Weekend nie trwa przecież tydzień, tylko krócej

Podoba mi się taka scena z ,,Oskarżonej: Wiery Gran” – Agata Tuszyńska, autorka książki, dociera do 85-letniej, jak kiedyś o niej pisano, polskiej Edith Piaf. Próbuje przekonać staruszkę, że ona, Tuszyńska, jest odpowiednią pisarką, dziennikarką, która rzetelnie opisze historię jej życia. Z początku spotykają się na korytarzu, stoją przed drzwiami do mieszkania Wiery Gran. Po jakimś czasie staruszka pozwala Tuszyńskiej wejść do domu. W mieszkaniu jest ciemno. W powietrzu unosi się kurz. Wiera Gran w jednej ręce trzyma młotek, w drugiej latarkę. Pozwala się fotografować. Więc pisarka robi zdjęcia. Trochę narzeka, że jest ciemno i dobrze by było zapalić światło, ale staruszka się upiera: nie ma światła, jest latarka. I w którymś momencie mówi do Tuszyńskiej: Od dołu fotografujesz? Cipkę pokazać.

Mam słabość do neurotyków, do osobowości destrukcyjnych. Reszta jest przewidywalna.

***

Weekend też jest przewidywalny. Szczególnie taki jak ten. W normalnych warunkach piątek/sobota/niedziela potrzebne są człowiekowi do regeneracji. Chyba. Nie wiem tego na pewno. Ale tak czytam czasami, albo słyszę w jakichś przypadkowo podsłuchanych rozmowach, że weekend do tego służy. Wszystko jest takie spowolnione, wyważone, dokładne, bo na wszystko jest czas. Ale z tym weekendem jest jak z odpowiedzią Juliusza Machulskiego w sobotniej Wyborczej na pytanie dziennikarza jak pan odreagowuje stres? Reżyser odpowiada: Mamy z Ewą mieszkanie w Sopocie. Z dala od zgiełku. Najpierw jak przyjeżdżam z Warszawy, to mi się wydaje, że tu ludzie za wolno chodzą, za wolno kupują gazety w kiosku, wszystko robią za wolno, a po jakimś tygodniu sam żyję wolniej i wtedy jest fajnie.

Dlatego nie wierzę, że weekend służy jakiejś mitycznej regeneracji. Weekend nie trwa przecież tydzień, tylko krócej. Zdecydowanie krócej.

***

W ogóle nie ma o czym czytać w sobotniej Wyborczej. No, poza wywiadem z Machulskim.

***

Szukając informacji o Biennale w Berlinie trafiam na wywiad z Marcinem Śliwą – pracownikiem Mazowieckiego Centrum Kultury i Sztuki w Warszawie. Nie myślę nawet już w kategoriach: jak dobrze by było kogoś takiego spotkać we Wschowie. Bo, że nie spotkam, to przecież wiem, więc nie ma potrzeby nadmiernie się ekscytować, przenosić czyjeś doświadczenie na wschowskie warunki, bo to mało kogo obchodzi. Nawet gdyby to doświadczenie było maksymalnie inspirujące, to i tak niczego nie zmienia. Więc nie, w takich kategoriach nie myślę. Czytam. Pada pytanie: Czym jest według ciebie ,,sztuka fasadowa”, ,,kultura fasadowa”?. I teraz odpowiedź: Na przykład zorganizowanie w małej miejscowości na Mazowszu wystawy zdjęć artysty z Warszawy lub koncertów muzyki poważnej w kościołach lub domach kultury. Miejscowa publiczność przychodzi i patrzy na kulturę wysoką. Elegancko się ubrali i byli tego wieczoru ,,ludźmi kulturalnymi”. Usiłowali sprostać cudzym aspiracjom. My – mam na myśli animatorów community arts – wolimy pracować razem z tymi ludźmi, niż zamieniać ich w ,,publiczność kultury”.

Myślę, że trzeba łączyć jedno i drugie. Wtedy nie ma dysonansu.

***

Za długi wpis. W dodatku jest sobota, którą za chwilę ktoś podmieni i będzie już niedzielą. Kończąc – w krótkim czasie obejrzałem dwukrotnie ,,Lęk wysokości”. Za drugim razem zdałem sobie sprawę, dlaczego, oglądając, czuję się na zewnątrz tej historii. I zdałem sobie sprawę, że odpowiedź nie nadaje się na blogowy wpis.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)

Dodaj komentarz