W papierowym wydaniu zw.pl zamieściliśmy wywiad z Andrzejem Bieleniem, trenerem młodzików WSTK. Mówi w nim, że w przypadku młodzieżowych drużyn w odróżnieniu od seniorów, o sile zespołu stanowią umiejętności najsłabszego zawodnika. Myślę, że podobnie jest z dziennikarstwem obywatelskim. Nie to, żebym deprecjonował dziennikarstwo obywatelskie. Myślę sobie tak – ludzie pracują zawodowo, mają jakieś tam sprawy na głowie, rodziny, dzieci i w całej tej gonitwie za króliczkiem, znajdują jeszcze czas, żeby zasiąść przed monitorem i wypowiedzieć się o sprawach publicznych. Robią to albo dla idei, albo dla korzyści politycznych, albo dlatego, że nie rozumieją tego, co się wokół nich dzieje, co szczególnie nikomu nie przeszkadza, bo chodzi o to, żeby cokolwiek napisać. W końcu są to tylko działania non-profit. Dlatego porównuję dziennikarstwo obywatelskie do drużyn młodzieżowych, o których wspomina trener młodzików. O sile jakiejś grupy dziennikarzy obywatelskich nie stanowią jego gwiazdy, ale najsłabsze ogniwa. Bo to one więcej mówią o takim środowisku, niż jego bożyszcze.
Dlatego ilekroć biorę do ręki Nasze Wschowskie Sprawy sprawdzam teksty osób anonimowych. W ostatnim wydaniu jest ich dwoje: Jerzy i Justyna.
Jerzy
Anonim Jerzy napisał tekst, dając czytelnikowi do zrozumienia, że panuje w powiecie dosć poważny spisek polityczno-medialny. Opozycja domaga się – pisze Jerzy – informacji o kwotach, które z pieniędzy podatnika otrzymują lokalne media. Nie wszystkie media, ale te jedyne i niepowtarzalne, czyli zw.pl. Z tekstu wynika, że primo: władza broni się rękami i nogami, aby nikt się o tym nie dowiedział. Secundo – zw.pl żyje wyłącznie z pieniędzy podatnika. Tertio: zw.pl, to jedyne media lokalne w Polsce, które mają podpisane umowy medialne z samorządami.
Nie będę z tym polemizował teraz, bo zajęłoby to trochę czasu, ale obiecuję, że następny wpis poświęcę lokalnym mediom, które żyją za pieniądze podatnika, w tym szczególnie krwiożerczemu zw.pl. Sygnalizuję więc w tym miejscu, że anonim Jerzy martwiąc się o pieniądze obywateli, dał przykład obywatelskiej interwencji. Zdaję sobie sprawę, że nierzetelność i manipulacja dziennikarstwa obywatelskiego można tłumaczyć właśnie tym, że jest obywatelskie. Więc jako dobrze opłacany dziennikarz pewnie również z pieniędzy anonima Jerzego obiecuję w następnym wejściu napisać jak się rzeczy mają. W następnym, żeby atmosferę podgrzać, napięcie zbudować itd., itp. Natomiast jeżeli prawdą jest, co pisze anonim na stronach NWS, to jest to sprawa nie tylko dla NWS, ale TVN24 – nie żartuję. Trzeba powiadomić, jeżeli Jerzy się nie myli, ogólnopolskie media. Takim spiskiem medialno-politycznym zajmie się każdy. Nie ma co czekać. Trzeba działać.
Justyna
Druga anonimowa osoba z tego najsłabszego ogniwa NSW podpisuje się, cytuję: Justyna. Treść jest o tym, że dziennikarka obywatelska w jednej sukience przez trzy tygodnie biegała po mieście i na koniec wpadła na Tomka Szwarca i chciała go pochwalić, ale uznała, że jej pochwała ma taką moc jak wskazanie kandydata na premiera lewicy przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Czyli, że jak pochwali, to tak naprawdę, będzie to pocałunek śmierci. Musi to być więc ktoś ważny w tym mieście, a może nawet w powiecie, skoro do tego stopnia targają Justyną moralne wątpliwości. Nie ma anonim Justyna wątpliwości obśmiewając wszystko po drodze, W tym jednym jedynym wypadku wątpliwości jednak się pojawiają i to dobrze o anonimie świadczy. Widać anonim tez człowiek.
I teraz tak – rozumiem anonimowość w dziennikarstwie obywatelskim. Wtedy, kiedy ujawnia się twarde fakty, dokumenty, które obnażają niekompetencję władzy, korupcję, kłamstwa, manipulacje, wykręty itd.. Rozumiem anonimowość, kiedy ktoś uprawia dziennikarstwo obywatelskie w oparciu nie o to co mu się wydaje, ale o to co jest. Rozumiem anonimowość nawet wtedy, kiedy krytykuje się co popadnie, tłumacząc dlaczego to i tamto nie podoba się. Na przykład gmina sprzedaje produkt królewski a tak naprawdę jest infantylny. Dziennikarz obywatelski to dostrzegł i pisze o tym, tłumacząc co i dlaczego. Żaden problem.
Justyna jednak krytykuje wszystko, co popadnie, nie zdradzając przy tym co konkretnie jest nie tak. Ot, nie podoba się to, nie podoba tamto. Ale dlaczego, co konkretnie – o tym ani słowa. Co wtedy kieruje takim dziennikarzem, że ucieka w anonimowość? Świadomość, że imię i nazwisko zobowiązuje? A anonimowo można napisać co ślina na język przyniesie? Bo w przeciwnym wypadku trzeba by wytłumaczyć dlaczego repertuar Królewskiego Festiwalu Muzyki jest jak z objazdu po szkolnych aulach? A może strach przed prześladowaniami? Wydaje mi się, że nikt w tym mieście za konfabulacje nikogo jeszcze nie prześladował. No chyba, że coś mi umknęło.
A dlaczego od anonimowych tekstów rozpoczynam lekturę NWS, w dodatku ich autorów traktując jako najsłabsze ogniwa? Ponieważ anonimowość w dziennikarstwie obywatelskim to rodzaj miecza obusiecznego. Może to być rzetelna obywatelska interwencja, która obnaża mechanizmy władzy, świat biznesu, mediów. Zdarza się, że jest to jakiś mały, ale istotny kamyczek wrzucony do ogródka, który rozjaśnia sytuację, ale może to być również zwyczajna ucieczka przed odpowiedzialnością za słowa. Anonimowość wbrew pozorom zobowiązuje, bo jeżeli jest tylko podszyta strachem przed odpowiedzialnością za słowo, to fakt ten rzuca cień na całe NWS, czyli osoby, które swoim imieniem i nazwiskiem firmują całe przedsięwzięcie.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)