Próba I: Ewangelia według Benia

– Powiem panu jak jest – mówi Beniu napychając się kajzerką za dwadzieścia pięć groszy i chlipiąc do rymu gorący kubek – pochodzę z wieloletniej rodziny. Dziewięcioro nas było. Bieda, kierowniku. Ojciec Józef miał, wie pan, w mózgu wyjebane na gospodarkę. Złote brony, traktor, kombajn, widły, sierp, siekiera, no. Wie pan, chciał być najlepszym gospodarzem na wiosce. Z banku pożyczka za pożyczką. Dzieci z matki wyskakują jak wszy. Bieda jest jak ślepa kura. Chuj ją obchodzi do kogo i po co. Ważne, żeby gdzieś przycupnąć i dać wycisk. Każdemu, bo taka jest, że nie oszczędza. Wszyscy na wiosce już po burakach, a u nas na polu burak przy buraku, więc ojciec, Józef, opuszcza dom i matka mówi: Musicie chłopcy iść na pole.

Niech pan nie myśli, że jest sposób, bo nie ma sposobu. Na wiosce, kierowniku, jest tak, że albo zapierdalasz na gospodarce, wypruwasz żyły, onanizujesz się i masz coś z tego albo jak Józef uciekasz do Egiptu i wracasz, ale przecież nie ma dokąd wracać. Jest komornik, niezapłacone raty i to, że kiedyś byłeś wyjebany na gospodarkę gówno kogo obchodzi.

Wie pan byliśmy dzieciakami, to że ojca nie ma, to nawet lepiej, bo spokój w domu, ale że matka wieczorem nic na stół nie kładzie, to już była dla nas przesada. Więc sam, ja i starszy brat, zrywaliśmy się i za ojcem w Polskę. I nie było, że Egipt, senna wizja, Jezus Chrystus w drodze i tak dalej, nie. Starszy brat był z nas najstarszy, wiosek w pobliżu nie jest jak ziaren piasku na plaży, albo włosów na głowie, da się zliczyć i zawsze – choćby nie wiem do jakiego Egiptu wyruszał ojciec – w końcu spotykaliśmy go.

I biegł za nami, za motorem brata i za mną na tylnym siedzeniu. A jak upadał – bo nigdy nie próbował uciec – to brat schodził z motoru, pochylał się nad zwłokami starego i darł się: szeregowy Józef nie upada, szeregowy Józef walczy, choćby mu pękały po drodze hemoroidy, to Józef nie poddaje się. Józef wytęża wzrok, wytęża aż zobaczy roztocza, które mu na mózg siadły, ale nie poddaje się. Józef opuszcza Egipt, żeby wrócić do ziemi wybranej i ziemniaki, buraki, truskawki zbierać. Józef nie jest szmaciarzem, Józef nie jest kaleką, nie jest gnojem, Józef jest tylko jebanym karaluchem! I ojciec wstawał. Zawsze. Józef obawiał się w życiu tylko mojego brata. Widok matki go nie przerażał. Może na początku, bo twierdziła, że jest dziewicą, a po kilku miesiącach urodziła mu bliźniaki. Właśnie najstarszego brata i siostrę. Józefowi rodziła tylko chłopaków. Same draby. Jak ja, rozumie kierownik? Takie, kurwa, jak ja. Ciemnogrody. Bo starszego brata spłodził jakiś inny plemnik.

Dzisiaj brat pracuje w firmie przewozowej. Jest kierownikiem. Nie taki jak pan za przeproszeniem, kierownik, nie. On jest prawdziwy. Mój brat. Mieszka w dużym mieście. Ma żonę i dziecko. Zarabia i stać go na wszystko. Mówię tak, bo tak myślę. Skoro jest tak, że ma na coś ochotę i stać go na to, to chyba proste, że stać go na wszystko. W dużym mieście albo jest pan, kierowniku, menelem i pogrążasz się pan, kierowniku, w rynsztoku, albo jest pan kierownikiem jak mój brat, który ma na wszystko. I to jest dobre. Bo nie ma innego podziału na świecie. Są menele i kierownicy. A pośrodku ja jestem, Beniu, bo ja nawet ludziom na oczy nie powinienem, rozumie kierownik? Ani szefom, ani menelom. Takie miałem życie, że jestem przegrany dzisiaj, ale skoro to wiem, to możliwe, że znowu uda mi się skoczyć do którejś z tych kategorii. Albo do menelstwa, albo do kierowników. Nie, oczywiście, że nie takich, jak mój starszy brat, bo nie zasłużyłem na to, żeby mnie było stać na wszystko, jak to dzisiaj u brata wygląda, nie. Ale kto wie, może będę kierownikiem, ale takim, wie kierownik, takim, któremu starcza od miesiąca do miesiąca. Nic ponadto. Bo co ponadto, to od złego pochodzi. Tak mówi Benio.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)

Dodaj komentarz