Na co się tutaj pisać? Na balkonie śnieg, w drodze do też śnieg, w kieszeniach, wszędzie. Można nawet mieć żal, że śnieg zdaje się przed nikim nie odpowiada/nie kłania się/nie kluczy/nie wklepuje w swoje niezbyt zawiłe struktury projektu autocenzury, a przecież przydałoby się w taki sobotni, październikowy wieczór, popełnić jakieś pospolite faux pas.
To co jest, wydaje się chwilowe, a to co mogłoby być, tylko dlatego, że poddaje się projekcji/fantazji i to bez ograniczeń, staje się absolutem. A przecież to, co takie namacalne jest, jest i nie ma niczego poza tym.
Na przykład, kiedy Przemysław Gintrowski śpiewa:
albo artykułowana poniżej świadomość, że nikogo nie ma, nawet jeżeli ktokolwiek stara się być:
to co proponuje przy okazji tego utworu Majmurek na stronie KP, okazuje się, że problemem nie jest system, nie jest gmina, burmistrz albo większość w radzie, problemem nawet nie jest przysłowiowy śnieg (np. w wersji modernistycznej, czyli hard, w dramacie Przybyszewskiego). To się wydarza poza tą fasadą: ta pewność i że potem/nic się nie zmieni wokół nas.
Nie wiem dlaczego to się tak klei/zbliża lub przynajmniej próbuje być. Nie ma co być. Na to wciąż za wcześnie jest:
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)