Kochanie, zabiłam/em kogoś z Marsa

1. Czytam tu i tam od pewnego czasu, że jesień, to to i tamto – takie popierdółki jesienne. Nie wiem, co myśleć. Jest zimno i nieprzyjemnie, to fakt. Nie ma słońca – fakt drugi. Trzeba dom dogrzewać jak dom jest lub mieszkanie jeżeli jest. A jak nie ma domu lub mieszkania, to też trzeba dogrzewać. Z czego wynika niezbyt atrakcyjna prawda – czy dom jest, czy też go nie ma, to nie ma znaczenia. Trzeba dogrzewać. A z roku na rok człowiekowi zimniej. Na pewno nie cieplej.

W międzyczasie jesiennym na jesiennych kilka wieczorów prezent. Sobie ten prezent, żeby nie było, że komuś lub ktoś mi prezent. To nie. Nawet tak się przed sobą tłumaczyłem, że jesień, panie, a ja wciąż nie mam domu, więc może chociaż książkę? No i trafiło na Kochanie, zabiłam nasze koty Doroty Masłowskiej.

Skończyłem przed finałem Janowicza z Ferrerem, w gorączce i różnych takich niepotrzebnych i niekontrolowanych atrakcjach organizmu na prochach. Treści w tej książce mniej niż w Mięsie Dominiki Dymińskiej. Prawda, jaka bije z tej książki kluczy gdzieś między spostrzeżeniami dojrzewającego nastolatka a nastolatka w fazie późnego dojrzewania. Wszyscy moi bliscy znajomi w okresie szkoły średniej posiadali jednoznaczny pogląd na to, co nas otaczało i nikt z tego, co wiem, książki o tym nie napisał. Bo w literaturze o oczywistościach się nie rozmawia. Oczywistości się deformuje. Masłowska uznała inaczej i dlatego z tej mąki chleba nie ma.

2. No i na tym mógłbym zakończyć, ale że jesień jak to mówią jest nadal i jest, jak piszą, taka i siaka, to prezentów nie koniec, bo każdy ma prawo do, chciałoby się powiedzieć, seksu (jak to ostatnio można wyczytać gdzieniegdzie), ale nie, nie tylko do seksu, ale też do satysfakcji czytelniczej. Bo bez niej nie ma ani jesieni, ani innych satysfakcji, nie ma nawet gminy, powiatu ani dogrzewania domu lub (bez) domu. Więc tym razem trafiło na Kochaj i rób Kingi Dunin, po przecenie i po dobrych kilkudziesięciu stronach i w następnym wejściu na antenę będzie o tym więcej.

Bo może czytelnik teraz pomyślał, że w tym wpisie chociaż coś wspomnę o tej lekturze, skoro o tamtej mało co jest? Chociaż wiadomo, że czytelnik o moim wspominaniu to akurat nie myśli i mało go to też absorbuje, ale powiedzmy, że jakiś inny czytelnik na przykład z Marsa tak się teraz zadumał i liczył, że coś o rozmowie Sławomira Sierakowskiego z Kingą Dunin z Kochaj i rób będzie teraz. To, drogi czytelniku z Marsa, który tak sobie tutaj kucnąłeś przed jakimś monitorem pewnie z Marsa przywiezionym i w ogóle – oświadczam, że wyjątków nie ma, chociaż jesteś dość szczególnym czytelnikiem, bo jeszcze tutaj (na mój blog, że się tak wyrażę) nikt z Marsa nie zaglądał, to jak to mówią – odejdź i poczytaj sobie co piszą tu i tam o jesieni, że jest taka i siaka. I nie marudź, bo gdybym, to ja przyjechał z Marsa i czytał nieMarsowy blog, to bym takich wymagań nie miał, tylko czytałbym co jest. Tak, chyba bym czytał po kolei co mi blogosfera przyniesie, nie wybrzydzałbym. Z Marsa chyba nie wybrzydzają się? Coś tak słyszałem kiedyś.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)

Dodaj komentarz