Wbrew pozorom na dwa lata przed wyborami samorządowymi nic się nie zmieniło. I lokalna scena polityczna, składająca się z osób, które mają realny wpływ na gminę oraz tych, którzy chcieliby mieć na nią wpływ, wygląda tak jak na przełomie 2009/2010 roku, czyli na półtora roku przed wyborami samorządowymi 2010.
Dzisiaj wszystko wskazuje na to, że w 2014 do walki o fotel burmistrza wystartują na pewno trzy osoby. Trudno dzisiaj wyrokować jakie to będą nazwiska poza osobą urzędującego burmistrza. Pozostałe dwie będą reprezentowały Stowarzyszenie Odnowy Samorządu i lewicę, która dzisiaj zasiada w radzie miejskiej pn. Porozumienie dla Rozwoju. A więc bez zmian.
Pomimo tego, że od czasu do czasu można przeczytać na lokalnych blogach, że niektóre środowiska są bardziej wiarygodne, inne mniej (a pisząc środowiska zdaję sobie sprawę, że to duże uproszczenie), to ta diagnoza wydaje się trochę na wyrost, ponieważ nadal oba opozycyjne środowiska odwołują się do zupełnie innego elektoratu.
Jedno daje sygnał, że jest blisko zwykłych, ludzkich spraw (SOS) i stoi po stronie tych, którzy sobie w gminie nie radzą, nie mają swoich reprezentantów i SOS tę przestrzeń zagospodarowuje. Dla tego elektoratu nie będą się liczyły mniej lub bardziej racjonalne argumenty, ale poczucie krzywdy, które jest przez jednych dostrzegane, a przez drugich nie. W tej sferze rozmawia się językiem emocji.
Drugi obóz opozycyjny – gdyby go spróbować określić – ma charakter inteligencki. Lewica porozumiewa się z potencjalnym elektoratem, wykorzystując dość subtelną strategię w radzie miejskiej, czasami wyrafinowaną, odwołującą się do pojęć abstrakcyjnych jak np. społeczeństwo obywatelskie lub do ironii (Frakcja Wyrzutowa Blog). Co dla wschowskich elit (pojęcie elity podobnie jak środowiska jest oczywiście na wyrost) jest pewnie atrakcyjniejsze i dało się to odczuć np. wynikiem wyborczym Zdzisława Mazura w II turze o fotel burmistrza w samej Wschowie.
Tak to wyglądało trzy i pół roku temu, tak jest i dzisiaj. Z jednej strony SOS odwołuje się do wykluczonych (tych młodszych, którzy pomimo wykształcenia, nie znajdują pracy we Wschowie i tych starszych, którym do szczęścia wystarczy empatia, ale najczęściej nie potrafią jej znaleźć w urzędach). Z drugiej zaś lewica, która znajduje się, być może nawet wbrew sobie, w sytuacji, gdzie ich przekaz znajduje odbiorców wśród osób, którym się nieźle w gminie wiedzie, ale kilka zasadniczych zmian dokonaliby od razu, np. w obrębie takich dziedzin jak szeroko rozumiana kultura, polityka historyczna miasta, czy sposób funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego lub forma komunikacji z lokalną społecznością. Co z kolei dla elektoratu SOS jest sprawą trzeciorzędną.
Trzeci obóz, który dzisiaj ma większość w radzie miejskiej, a jego twarzą jest Krzysztof Grabka ma tę zdolność tak wtedy jak i dzisiaj, że odwołuje się do obydwu elektoratów z przewagą tego pierwszego, o który walczy również SOS. Na ile jest to uświadomione w obozie rządzącym, to już oczywiście inna historia.
Nie sądzę, obserwując dzisiejszą nieustającą kampanię wyborczą wszystkich trzech obozów, żeby coś się zmieniło od czasów przedwyborczych. Raczej dostrzegam ich stygmatyzację, czyli brak umiejętności dotarcia do innego elektoratu niż ten, z którym się komunikują. A w przypadku rządzących brak świeżości, który umożliwiłby pozyskiwanie nowych wyznawców.
Zmieniło się tylko jedno w gminie – jest więcej miejsc w Internecie, gdzie dyskutuje się o lokalnych sprawach. A przez to jest więcej osób zainteresowanych sprawami gminy, doinformowanych i/lub posiadających dzisiaj większą niż przed ostatnimi wyborami samorządowymi wiedzę o gminie.
Tylko, że ta sytuacja wbrew pozorom stawia każdemu z tych obozów większe wymagania. Ale o tym już w następnym wpisie.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)