Męczą mnie takie, wiesz, zwyczajne i proste. Rozstania.
Tam, hmm, zaraz za studnią, wiadrem, wychodkiem – tam, no tak, czekam na ciebie.
Phi.
Czekam bezwzględnie. Poznasz mnie po zakurzonych kloszach, które przenoszę z letniej sieni do zimowej. A co? Jakbyś chciała, próbowała mnie obejrzeć, podejrzeć jak śmigam między takim porankiem nieświeżym, a krwawym porankiem, kiedy z nosa krew w rękaw wycieram, to co? To mnie nie ma?
Tam? Skoro czekam, to – wiem – jestem przez chwilę.
Później… ale chyba spodziewasz się, że tak jest? Później te klosze, szmatą spod zlewu, z kurzu ścieram. W kawki upaćkane. E! W letnie zbrodnie w letniej sieni. Mucha pod moją ręką, komar, takie… wiesz, zabawy – im więcej much, odnóży, głów, wnętrzności pod kloszem, tym… phi, sama wiesz.
To są rozstania?
Następnie te klosze z letniej sieni trzęsą się, bo ręce drżą – taki kłopot, usterka. Muszę je dokładnie obejrzeć. W świetle przejrzeć, w migotaniach, w zachodach i wschodach. Szybko. Bo przecież tam, gdzie ciebie nie ma, jestem i nerwowo czapkę dłubię, dziury w kieszeniach poszerzam, butem – znowu sznurowadła poplątane, brązowe, łączę w pętelki – butem kółka rysuję.
Zapytasz – twoje niezręczne pytania – co ja głupi tak przy tych kloszach uparcie dłubię? Kręcę się wieszam wynoszę? Co? No?
Tak sobie ten czas wydłużam, ufając. A brak gwałtowniejszych ruchów, jakieś leniwe, jednostajne gesty obciążą godziny, skleją, przygniotą i te wlokąc się niemiłosiernie pozbawią mnie na dłużej tego wypatrywania za tobą, wystawania, klepania zdrowasiek, tych przemilczeń przechodniów, spuszczonych oczu, śmiechu dzieciaków, szczekania psa.
Do tego jeszcze mój wygląd. Żeby czekając na ciebie nie ośmieszać się. Szmata, którą wycieram kurze, to gdzie? Gdzie mam odłożyć? Jeżeli zostawię pod zlewem, a znajdę gdzieś pod stołem, to mam rozumieć, że byłaś, kiedy ja czekałem na ciebie gdzie indziej, czy tylko tyle, że szmatę rzuciłem gdzieś pod stół, a pod zlewem nie? A jeżeli zabiorę ze sobą, to co? To jak się taką szmatą wytłumaczę? W kieszeni? Za pazuchą? Co powiem, kiedy ktoś zapyta, albo więcej, szturchnie mnie tylko, że taki głupi jestem i czekam tu jak pajac, a przecież kto jak kto, ale to ja powinienem wiedzieć najlepiej, że nie przyjdziesz. Bo jeżeli ciebie nie ma, to nie mogę jednocześnie potwierdzić, że jesteś.
Ale gdzie? Przynajmniej tutaj, kiedy tak butem kółka rysuję i czapkę dłubię i cokolwiek jeszcze.
I jeszcze. Ten wygląd. Żeby innych nie rozbawił. Bo to moje czekanie razi. Dławi więc naraz wszystko kim jestem. Plamy na gębie. Skóra, która łuszczy się pod oczami. Włosy, bo na co mi włosy, jeżeli nikt ich nie zapowie.
Męczą mnie takie – wiesz – zwyczajne i proste. Tłumienia.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)