Podróżowanie jest jak proces starzenia się. Im więcej świata się zobaczy, im więcej kultur, obyczajów, religii spotka na swojej drodze, tym większa wydaje się świadomość, że to co lokalne nie jest pępkiem świata. Podobnie jest z osobami w podeszłym wieku. Patrzą na problemy swoich wnucząt i dzieci z pewnym zrozumiałym pobłażaniem.
Tak od lat odczytuję ideę spotkań z podróżnikami, które organizuje we Wschowie Stowarzyszenie Twórcze Horyzonty. I chociaż często lider tej grupy Tomasz Szwarc podkreśla, że robi to dla siebie, to jednocześnie czy tego chce czy nie, 16-tysięczne miasteczko ma okazję przez 45 minut pokazu slajdów wyjść poza swoje lokalne ograniczenia. A kiedy jeszcze poza comiesięcznymi spotkaniami, organizuje trzydniowy festiwalowy maraton, to Wschowa i okolice nie tylko zatracają własne lokalne problemy, ale – chciałbym w to wierzyć – odkrywają jak bardzo lokalność i jej tak zwane problemy są umowne i chwilowe. I jak czasami kompletnie nie ostają się wobec perspektywy, którą proponują nam podróżnicy.
I tak było podczas 3 już Festiwalu Podróżników we Wschowie. Paradoksalnie w porównaniu do dwóch poprzednich nie miałem okazji wysłuchać większości prelegentów. A jednak w tym roku poczułem i atmosferę tego festiwalu i zrozumiałem, a przynajmniej tak mi się wydaje, wagę tego, jaką pracę wykonują członkowie Twórczych Horyzontów.
Prawdę mówiąc w całości miałem okazję przyjrzeć się dokładnie trzem pokazom, w tym jednemu, który okazał się kulinarną podróżą i niesztampową opowieścią o tym, czym jest przykrycie głowy w różnych stronach świata.
Wysłuchałem Krzysztofa Tarki i Kamili Kielar, którzy na moje szczęście zostali wyróżnieni przez jury 3 Festiwalu Podróżników. Byłem dumny, podobnie jak jury, że wschowianin udowodnił, że bycie turystą może być świadomym krokiem w kierunku bycia podróżnikiem. A Kamila Kielar, bo już kilka miesięcy temu mnie o tym przekonała, że potrafi swoją opowieścią, energią i asertywnością przekonać, że jesteśmy przez całe życie w podróży i sposób w jaki ją pokonamy zależy od nas.
Ale to co mnie najbardziej urzekło, co jest wynikiem jakiegoś mojego zakręcenia na punkcie lokalności, a co często zarzuca mi mój kolega redakcyjny Michał, że wszystko sprowadzam do Wschowy, to wkład członków Stowarzyszenia w atmosferę festiwalu. Był taki moment, pod koniec trzeciego dnia, kiedy wchodzili na scenę i cała zgromadzona publiczność biła im brawo. Nawet burmistrz Krzysztof Grabka, znany z długich peror, zrezygnował z nich na rzecz krótkiego podsumowania: to, czego jesteśmy świadkami, zdarzyło się dzięki wam. I chociaż brzmi to może patetycznie i nie cytuję dosłownie, to zdałem sobie sprawę, że dzięki wysiłkowi tych ludzi, mam okazję zrezygnować z lokalnego pępka świata i z całą przyjemnością skorzystałem z tego.
I na koniec, bo mówię o tym w prywatnych rozmowach, a chciałbym, żeby to tutaj również wybrzmiało. Konferansjerzy czyli Grażyna Struzik i Tomasz Szwarc udowodnili, że można we Wschowie poprowadzić trzydniową imprezę na ogólnopolskim poziomie, łącząc pełen profesjonalizm i subtelność z abstrakcją i niecodziennym poczuciem humoru, który, bo to ważne, jest rozumiany przez publiczność. Gdybym to ja decydował o tym kto ma prowadzić jakiekolwiek duże imprezy we Wschowie to zapłaciłbym wszystkie pieniądze, żeby ten duet rozwijał się w roli konferansjerów, bo może być tylko lepiej.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)