Mam przyjaciół po lewej stronie politycznego sporu we Wschowie

Mam przyjaciół po lewej stronie politycznego sporu we Wschowie. Nie mam ich po prawej. Tak jedni jak i drudzy traktują mnie raczej z dystansem. Lewa strona, bo pracuję w zw.pl, prawa, bo przyjaźnię się z lewicą. Lewa podejrzanie łypie na mnie okiem, bo czasami z nią polemizuję na blogu (a tak gwoli archiwizacji pewnych wydarzeń, to po którymś z tekstów na blogu radni opozycji postanowili nie zabierać głosu na sesji, ponieważ zarzucałem im, że są tylko echem władzy i dobrze byłoby poza krytyką, mieć również jakąś wizję miasta, a z kolei po którymś z moich komentarzy, który opisywał kondycję opozycji, Frakcja uznała, że skoro tak, to ona może jedynie skasować swojego bloga). Z kolei prawa strona podejrzewa mnie nieustannie o spisek. Lewa od czasu do czasu tłumaczy, że trzeba pisać i mówić prostym językiem, dla ludu, bo w przeciwnym wypadku człowiek się wyalienuje i pozostanie sam (to o mnie). Prawa, kiedy traktuję ich krytycznie (na blogu) albo widzi potwierdzenie swoich spiskowych teorii, albo najchętniej wymazałaby treść gumką, ocenzurowała itp.

Z prawą stroną jest mi nie po drodze, z lewą o tyle problem, że wszędzie gdziekolwiek toczy się spór trzeba jednoznacznie stanąć po którejś ze stron. A wtedy, podobnie jak w ostatnim tekście Mariusza Ławrynowicza na portalu zw przestaje się widzieć więcej. Dostrzega się jedynie jedną stronę i tylko tę traktuje się bezkrytycznie. Nie rozumie się i nie stara się zrozumieć drugiej strony.
Więc ten scenariusz mnie nie interesuje. I chociaż od czasu do czasu ktoś się zagalopuje i napisze w komentarzu, cytuję: skundlony Klan albo sprzedawczyk lub coś w ten deseń, to przypomnę, że prowadząc najpierw wyborczy blog bezkresu interesował mnie opis wszystkich uczestników kampanii wyborczej, a nie jednej wybranej. Podobnie kiedy zakładałem portal bezkresu.pl było to jedyne miejsce w regionie, które łączyło osoby z różnych stron politycznego sporu. I – jak do tej pory – było to też ostatnie miejsce, gdzie można było na jednej stronie znaleźć teksty, które w odmienny sposób traktowały pojedyncze wydarzenia w gminie lub powiecie. Tak rozumiałem i tak rozumiem do tej pory rolę mediów. Każda inna forma jest w mojej ocenie cząstkowa.

Innymi słowy tam, gdzie byłem od początku do końca odpowiedzialny za kształt projektu, który powoływałem do życia starałem się pokazać cały wachlarz zjawisk na politycznej i nie tylko politycznej scenie.

Ten dość długi wstęp jest mi potrzebny, żeby odnieść się do tekstu Mariusza Ławrynowicza Dlaczego opublikowałem polityczną reklamę wschowskiej lewicy… bo to być może umożliwi niektórym czytelnikom zrozumieć dalszą część tekstu, jeżeli oczywiście czytelnik dotarł do tego miejsca.

Nie widzę niczego złego w tym, że ten tekst pojawił się na portalu. Kiedy zajrzałem na zw w dniu, kiedy się ukazał, chociaż dobrych 10 godzin po publikacji i przeczytałem tytuł, pomyślałem  – ok, brzmi nieźle, zaczepnie, oby treść tylko nadążała za tytułem.

Pomijam aspekt biznesowy tego przedsięwzięcia. Każdy właściciel firmy podejmując decyzje, związane z wizerunkiem firmy, zdaje sobie sprawę, że albo przyniosą one korzyści finansowe, albo nie przyniosą, albo decyzje, które się podjęło są w tej materii obojętne.

Mnie interesuje treść, przekaz, sposób postrzegania zjawisk, umiejętność ich nazywania, ale również polityczna wizja prawej strony sporu, bo tak też traktuję ten artykuł, jako rodzaj sztandaru obecnej władzy, pod którym prawa strona chętnie się podpisuje, tak jak to zrobił burmistrz na facebooku, lajkując artykuł Mariusza.

Czego się więc dowiedziałem z tego tekstu?

Obecna władza uznała, że dobry wizerunek jest najlepszym lekarstwem na wszelkie schorzenia. Pokazujmy się z dobrej strony, mówmy tylko o przyjemnych wydarzeniach, pomijajmy wszelkie kłopoty. Nie rozmawiajmy o trudnościach, o błędach, potknięciach czy nadużyciach. Jeżeli tak pokażemy naszą gminę, to reszta albo uwierzy, że tak jest, albo jest rodem z PRL.
Ten sposób postrzegania wszystkiego dookoła jest stary jak świat. Ma dwie twarze. Pierwsza utopijna, której marzeniem jest kraina mlekiem i miodem płynąca. Druga – autorytarna i despotyczna,  która każe w to wierzyć, w przeciwnym wypadku, usuwa niedowiarków ze swojej drogi. Kilka takich utopii świat wdrożył w życie. Zawsze za tym idzie kilka bardzo prostych  i przewidywalnych postaw – trzeba uwierzyć w tak skrojony świat, afirmować go, nawet jeżeli rzeczywistość jest inna, każdy wolny umysł traktować wrogo, dążąc do jednomyślności. Nagradzać tych, którzy myślą podobnie, karać tych, którzy widzą inaczej.

Wydawałoby się, że pokazując tylko dobre strony gminy, jej osiągnięcia, to nic w sumie trudnego. Ale bez wątpienia trzeba w tym układzie zachować proporcje. Bo wbrew pozorom, przekonywać lokalną społeczność do pozytywnego wizerunku gminy, to rzecz jednak skomplikowana. Nie można pomijać wszelkich niedostatków, nie można obrażać się, kiedy o tych niedostatkach mieszkańcy również chcą rozmawiać. Trzeba mieć w sobie, myślę, i dużo cierpliwości i dojrzałości, żeby realizować taką wizję. Ona jest do obrony pod warunkiem, że spraw niewygodnych nie zamiata się pod dywan. W przeciwnym wypadku niezły pomysł staje się swoją własną karykaturą, wystawia się na pośmiewisko i w rezultacie brak zaufania.

I drugi element, który wyłania się z tekstu Mariusza, to wiara w fakt, że kiedy SIS szedł po władzę, kierował się wartościami i pomysłem na miasto, a kiedy dzisiaj ktokolwiek inny wyciąga rękę po władze, kieruje się korzyściami finansowymi (siła i dostatek dla Krzysztofa Owoca i jego środowiska). Tekst jest polityczny, więc stosuje też polityczną retorykę, dezawuując oponenta politycznego. I nie dziwi mnie to. Cios za cios. Ale jest w tej logice coś niepokojącego, ponieważ wynika z niej, że dzisiejsza prawa strona, która jest u władzy, wyciągając właśnie ten argument, a nie inny, zdradza moim zdaniem, że to właśnie finanse stanowią  dzisiaj problem, a nie wartości i pomysł na miasto. To tak jakby ekipa rządząca powiedziała – odbierzecie nam korzyści finansowe, kiedy wygracie wybory. Nie odbierzecie nam naszych wizji, pomysłów na miasto, ale coś zupełnie innego. A to już brzmi jak przyznanie się do tego, że dzisiaj jesteśmy u władzy dla pieniędzy, a nie dla dobra lokalnej społeczności.

Powstaje pytanie, bo zawsze jakieś pytania powstają, czy to co odbieram z tekstu Mariusza, to jedyny możliwy scenariusz i sposób odczytania tego co napisał. Pewnie nie. Ostatecznie tekst Mariusza polubiło np. 30 osób, a muszę przyznać, że na portalu zw, to naprawdę niezły wynik. Ale to co wydaje mi się najważniejsze z tego, co powyżej, to fakt, że możemy czytać się dowolnie, wyrządzając sobie krzywdę i nie chcąc zrobić kroku, żeby wyjść naprzeciw politycznemu konkurentowi. Wartością w moim odczuciu jest próba najpierw zrozumienia, a potem wydawania sądów. Dzisiaj nie dostrzegam takiego działania po żadnej ze stron politycznego sporu. Ale też nie dostrzegam, aby któraś ze stron w ostatnich tygodniach próbowała coś z tym fantem zrobić.

I na koniec – Mariusz zablokował komentarze, ja natomiast nie zablokuję, ale gdyby komuś przyszło do głowy napisać – tak trzymaj, Rafał, to proszę sobie darować. Podobnie jeżeli ktoś napisze coś w stylu skundlonego – to tez proszę sobie darować. Bo prawdę mówiąc nie czuję się komfortowo, kiedy ktoś mnie klepie po ramieniu jak i wtedy, kiedy ktoś pluje mi w twarz. Jeżeli natomiast ktokolwiek chciałby podyskutować, to zapraszam do dyskusji.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)

Dodaj komentarz