Dzień ojca

Ojciec był robotnikiem. Pracował w odległych halach, o których nie miałem pojęcia. Pewnie zawsze chciał mi powiedzieć co to za hale i w jakich temperaturach pracuje i w jaki sposób jego ciało degraduje się codziennie. Jakoś nie byłem zainteresowany. Więc kiedy go widziałem po raz ostatni nie przypominał robotnika. Raczej kogoś, kto został zaskoczony przez słabość swojego ciała.

Ciała są w całej historii ludzkości czymś tak odległym i kompromitującym, że szkoda na nie czasu. Lepiej pozbyć się ciała niż w ciele nieustannie być gościem, wiedząc, że w każdej chwili można zostać wyproszonym. Na własną lub ciała prośbę.

***

Ojciec powinien być gotowy. Każdy. Przez jakiś czas kształtować swój charakter, pojawiając się w miejscowościach letniskowych takich jak Lgiń lub Sława i w nocy, bo tylko o tej porze, kraść domki drewnianie. Bale, powiedzmy sosnowe, od fundamentów po sam szczyt rozbierać je systematycznie i codziennie. Uczyć się. A kiedy już odpowiednie szlify taki ojciec zdobędzie, koniecznie powinien wybrać się do świątyni Wang i za sprawą kilku gestów, świątynię Wang przenieść w inne miejsce. Tak, żeby w dzień ojca nie być tylko robotnikiem, urzędnikiem, samorządowcem, burmistrzm, dziennikarzem, blogerem lub pająkiem.

***

A potem to nie wiem. Spalić, schować do zamrażarki lub – może nawet koniecznie – materiał ze świątyni Wang oddać na budowę pomostu w tej lub innej miejscowości turystycznej. I dopiero wtedy być zaskoczonym przez mdłe ciało. Wcześniej być zaskoczonym nie warto.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)

Dodaj komentarz