Od lokalnej polityki oczekiwałbym mniej partaczenia, więcej klasy, profesjonalizmu, nawet wtedy, kiedy prowadzona jest bezwzględna wojenka wszystkich ze wszystkimi. Może się wydawać w takim miasteczku jak Wschowa, że lokalna polityka i wszystko co się z nią wiąże dostarcza największych emocji. Ktoś o kimś napisze, coś wytknie, wyśmieje, dokopie, wyciągnie, zadenuncjuje – czego chcieć więcej. Ostatecznie jest to dziedzina życia, na której każdy się zna. Bez wyjątku. Można nie znać się na literaturze, filmie, muzyce, sztuce, malarstwie i teatrze. Można w związku z tym nic szczególnego nie przeżyć, żadnych większych emocji nie doświadczyć, za to od rana do wieczora rozmawiać, pisać i śnić o złych burmistrzach, starostach, radnych, opozycjonistach i strażnikach miejskich. Można. Dlaczego nie, wyspecjalizować się w politycznej magmie i stać się chociaż w jednej dziedzinie specjalistą.
Tydzień temu Krzysztof Varga w świątecznej Wyborczej postawił tezę, że to popkultura rządzi dzisiaj historią, a nie polityka. Autor miał za sobą wizytę w Zachęcie, obejrzał dokument ,,Miłość” czyli historię yassowej formacji tworzonej przez Tymańskiego, Możdżera i Trzaskę. Przy okazji wystawy wspomina polskie kino z lat 60-tych i jednoznacznie stwierdza, że z tamtych lat zostały w nim arcydzieła Hasa, Kawalerowicza, Wajdy, Polańskiego. Na pewno nie odcisnął na nim piętna Gomułka albo Cyrankiewicz. A więc nie politycy. Oczywiście bystry czytelnik wytknie natychmiast lukę w takim myśleniu. Bo przecież od polityków tak wiele zależy i emocje budzą i w ogóle jak można sobie wyobrazić świat bez polityki. Ale nie o tym mowa. Polityka, twierdzi Varga, szczególnie dzisiaj jest doraźna. Emocje, które budzi również mają ten brak, że są doraźne. Nie ma w niej (czyli w polityce) niczego ponadczasowego. Nie sprawi, że pojawi się w jej odbiorcy jakaś głębsza refleksja. Bo jaką szczególną refleksję mogą budzić biało-czarne opowieści, w których, jak w dziecięcych bajkach, występują tylko źli i dobrzy bohaterowie.
Wreszcie Varga pyta o to, co ostatecznie pozostanie w naszej pamięci. Niekończące się spory Tuska, Kaczyńskiego, Hoffmana, Błaszczaka, Kurskiego czy Niesiołowskiego. Czy może jednak filmy Woody Allena, Małgorzaty Szumowskiej lub wiersze Świetlickiego. Podobnie jest z lokalną polityką. Kto będzie ją pamiętał, jej autorów, konstruktorów, anonimowych komentatorów? Ja na pewno nie. Za to z przyjemnością wrócę pamięcią do koncertu Meagre Quartet w Azylu lub ich tegorocznego wykonania utworu Berimbao w sali CKiR. Będę pamiętał o rozmowie z Henrykiem Jurołajciem lub czas jaki spędziłem z doskonałym fotografem, teoretykiem fotografii Piotrkiem Dziełakowskim. Wrócę też do reportaży mojego kolegi redakcyjnego Michała, w których udowadnia, że poza polityką jest miejsce w lokalnej przestrzeni dla osób, które nigdy się o nią nie otarły, a jednak ich historie budzą emocje, które trwają dłużej niż kilka minut. Dłużej niż lektura politycznej/wyborczej broszury.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)