Z zaciekawieniem przyjąłem ostatnie doniesienia (dokładnie dwa), w których proponuje się we Wschowie budżet partycypacyjny (obywatelski). Sam kiedyś o tym pisałem i wtedy, czyli dwa lata temu wydawał mi się ciekawym rozwiązaniem, aktywizującym lokalną społeczność.
W międzyczasie (dwa lata, to jednak sporo czasu) wyzbyłem się kilku naiwnych nawyków myślowych. Nie będę tego obszernie tłumaczył teraz, bo moje prywatne rozgoryczenia nie stanowią przedmiotu wpisu, ale kilka słów, jeden akapit, muszę temu poświęcić..
Pomimo tego, że od lat polscy socjolodzy narzekają, że zaangażowanie/zainteresowanie społeczeństwa sprawami miast/województw/kraju jest nikłe i projekt zwany społeczeństwem obywatelskim w Polsce się nie sprawdził, to jeszcze do niedawna myślałem inaczej. Aż w końcu przyglądając się temu, co widzę na co dzień, jestem gotów uznać, że to prawda. Moje pokolenie, pokolenie starsze od mojego i trochę młodsze charakteryzują w tym aspekcie podstawowe dwa ubytki w kwestii zaufania i kapitału społecznego. Tych dwóch zjawisk albo nie ma, albo funkcjonują na niskim poziomie. Bliżej mi do opinii, że jeżeli w ogóle można mówić o jakimkolwiek zaangażowaniu, to mamy do czynienia z jednostkami obywatelskimi, ewentualnie (zdecydowanie rzadziej) z grupami, które uaktywniają się, jeżeli ich interesy zostają naruszone (we Wschowie mieliśmy przykład nauczycieli i rodziców, w skali kraju sprzeciw wobec ACTA).
Idea budżetu obywatelskiego została zapożyczona z brazylijskiego miasta Porto Alegre (tam funkcjonuje od 1989 roku), kilka miast europejskich zaryzykowało w 2000 (obecnie jest ich zdecydowanie więcej), a dzisiaj po dobrych dwudziestu latach pomysł pojawia się we Wschowie, od kilku lat realizowany w Polsce. Czasy się zmieniają, bo 20 lat, to jednak sporo czasu, a my wciąż potrafimy jedynie powielać cudze pomysły, sami proponując nic lub prawie nic.
Ale niech i tak będzie. Jesteśmy narodem wtórnym, mało oryginalnym, więc trzeba czerpać dobre wzorce od innych, np. od Brazylii. Problem (chociaż w pędzie za modnymi rozwiązaniami mało istotny) polega na tym, że idea w Porto Allegre wynikała z zapotrzebowania społecznego (patrz: K. Nawratek, Miasto jako idea polityczna), a w Polsce, w tym w okolicy jest podejmowana np. przez media i leszczyńską Platformę Obywatelską, co jest oczywiście sympatyczne, ale w mojej ocenie nie ma nic wspólnego z ideą (to nie jest zarzut, po prostu zmieniły się pryncypia, decyduje model menadżerski, a nie obywatelski). Wygląda to jak koncert życzeń, w którym mieszkańcy głosują na projekty. W Porto Alegre zmniejszono dzięki tym rozwiązaniom różnice społeczne, w takim Sopocie głosujący zdecydowali o tym, aby w mieście pojawiło się kilkanaście nowych kontenerów do segregacji śmieci (to też nie jest zarzut, ale żyjemy w takim kraju, gdzie liczą się racjonalne do bólu rozwiązania, a nie społeczna wrażliwość, tak prezentuje się brazylijska idea w kraju, w którym dominuje liberalno-konserwatywna polityka).
Mam jednak większy problem ze Wschową niż z Lesznem czy Sopotem, co oczywiste, bo jestem wciąż mieszkańcem Wschowy. Jakkolwiek ewoluowała idea budżetu partycypacyjnego w Europie, to dzisiaj jednak jest to forma pewnej umowy między mieszkańcami a radnymi/miastem, wynikająca z obopólnego zaufania. W sytuacji, kiedy takie rozwiązania proponują osoby, które podkopują społeczne zaufanie do lokalnego samorządu, propozycja budżetu obywatelskiego wydaje się tylko polityczną hucpą. Nie dlatego, że taka sugestia pada z ust tego lub innego innowatora. Po prostu nie da się jedną ręką walić na odlew, a drugą głaskać. Z którejś dłoni trzeba zrezygnować. A najlepiej posiłkować się oryginalnymi pomysłami, które nie są kalką, ale wynikają z realnej, przemyślanej oceny wschowskich potrzeb.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)