Nie dostałem ,,Drugiego dziennika” Jerzego Pilcha na gwiazdkę. Trochę źle z tym się czułem. Jak chłopiec w piaskownicy, z którym nikt nie chce się bawić, zamków z piasku stawiać, burzyć je lub za koszulę żółte garście pustyni wrzucać. Siedziałem przy stole, mama siedziała, moje dzieci, babcia, siostra i przez chwilę jak to dziecko, brudne i obdarte, rozglądałem się bezradnie dookoła, kiedy wszyscy pochylali się nad prezentami. Ale czułem też siłę tego dziecka, prawie jak wołającego na puszczy. Dzieckiem tym byłem i szukałem w nim prostej, dziecięcej naiwności, że jak tak będę uparcie sam stawiał zamki z piasku, do foremek piasek wsypywał i budował dookoła siebie różne, chwilowe formy, to przezwyciężę tę samotność. Więc choć ,,Drugiego dziennika” pod choinką nie znalazłem, to przecież wiedziałem, że to tylko małe opóźnienie, za kilka dni wszystko się zmieni.
I teraz, kiedy już zaglądam do tych zapisanych przez Pilcha kartek, wiem, że warto było przez chwilę poczuć się jak wyrzutek. Albo może nie jak wyrzutek? Przypomniałem sobie wtedy jakiś ponury, deszczowy dzień, pod koniec lat 80-tych, kiedy do domu ojciec przyniósł nowy telewizor. Był z niego dumny i my, jego dzieci, też poniekąd dumni byliśmy z tego zakupu. Tak się wtedy akcenty rozkładały. Mama kupowała chleb, ziemniaki, kapustę, bieliznę, słodycze, prała, sprzątała, zajmowała się domem, a ojciec nosił inny gatunkowo ciężar na swoich barkach – kolorowy telewizor, samochód, zamawiał węgiel i wrzucał go do piwnicy. Więc byliśmy, jak większość dzieciaków w tamtym czasie, z jednej strony chronieni codzienną opieką mamy, z drugiej zaś spektakularnymi wystąpieniami ojca.
Więc kiedy tego posępnego, deszczowego dnia, po jakichś dwóch, trzech godzinach uporał się z telewizorem, a my, moje siostry, ja i mama wyczekiwaliśmy aż będzie gotów, okazało się, że obraz śnieży, skacze i nie wygląda to dobrze. Machnęliśmy wtedy ręką, jakby mówiąc przez to: weź się ojciec skup, przygotuj do premiery, antenę przestaw i dopiero wtedy zawracaj nam głowę. I zostawiliśmy go w tym wspólnym niespełnieniu, zrzucając na niego odpowiedzialność za nasze rozczarowanie. A może nawet więcej wtedy powiedzieliśmy tym żachnięciem na śnieżący obraz w monitorze telewizora. Być może przekaz był subtelniejszy. Ucz się od mamy – mówiliśmy – od jej skupienia na szczegółach, detalach, jej umiejętności zapamiętywania rozmiarów naszych stóp, kołnierzyków, bioder i ramion. Nigdy nas nie zawiodła, więc i ty czyń podobnie. Został w pokoju sam i kiedy w wigilię wszyscy rozpakowywali prezenty, po latach, kiedy ojca już z nami nie ma, zrozumiałem czym według niego była ojcowska powinność, jak ją definiował i jak jej próbował sprostać. I choć to było karkołomne zadanie, spełniał się w nim i próbował nas tym spełnieniem zarazić.
Więc może nie, nie czułem się jak opuszczone dziecko w piaskownicy, ale jak mój ojciec, który dźwiga różne swoje fascynacje i definicje odpowiedzialności. Przygniatają go czasami i wtedy przygląda się swojemu odbiciu w śnieżnobiałym ekranie, gdzie kontury postaci rozmywają się i nie sposób uchwycić sylwetki. Może właśnie tak się czułem.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)