Nie ma Wschowy, nie ma wspólnoty

Pisanie o organizacji finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy we Wschowie wydaje mi się zadaniem dość karkołomnym, a nawet niestosownym. A jednak mam poczucie, że warto kilka słów temu wydarzeniu poświęcić. Problem mam taki, że organizacja tego przedsięwzięcia jest od początku do końca w gestii ludzi dobrej woli. A, nawet, że się pompatycznie wyrażę ludzi szlachetnego serca. Nie ma przymusu, odgórnych dyrektyw. Nikt nic nie musi. Organizacja nie jest nikomu przypisana. Ani samorządowi, ani jego jednostkom, ani osobom prywatnym. Będzie finał w tym lub innym mieście czy nie będzie, to prawdę mówiąc nie ma znaczenia. Ważne, aby tam gdzie się odbywa, uzbierano pieniądze na bądź, co bądź szlachetny cel. Jerzy Owsiak je już dobrze zagospodaruje.

A jednak od co najmniej dwóch lat pojawiają się krytyczne opinie na temat tego co dzieje się we Wschowie podczas organizacji finału WOŚP. I żeby nie było niedomówień – jestem pełen uznania dla Adama Śliwińskiego szefa wschowskiego sztabu, dla Zbigniewa Iłowskiego, który prowadził koncert na rynku, dla pań, które liczyły pieniądze w CKiR i dla wolontariuszy, którzy zdecydowali się kwestować na mieście oraz dla wszystkich osób, o których nie wiem, a byli zaangażowani tego dnia w pomoc we wszelkiej postaci. Nie musieli, nikt ich nie zmusił, zrobili to po prostu, bo idea WOŚP jest im bliska. Dlatego kilka słów poniżej dotyczyć będzie pozostałych osób, czyli około 20 tysięcy mieszkańców gminy.

Marzą się mieszkańcom Wschowy (gminy) wielkie rzeczy. Że ktoś z własnej nieprzymuszonej woli postawi im fabrykę i zatrudni 300 osób. Że wprowadzi się budżet obywatelski, za którego rozwiązaniami będą głosować mieszkańcy tej gminy z własnej, nieprzymuszonej woli. Marzą się mieszkańcom Wschowy (gminy) takie rzeczy, że gdyby przejęli władzę w mieście, to miasto zmieniłoby swój obraz. Byłoby lepiej zarządzane, pojawiłaby się lepsza oferta kulturalna, ludziom żyłoby się łatwiej i być może nawet dostatniej. Ale kiedy przychodzi dzień, taki przykładowy dzień, np. finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, to nagle okazuje się, że mieszkańcy i owszem może i mają wielkie marzenia, ale na pewno nie są to marzenia, które można by zrealizować wspólnie, razem. Nie ma w nich (mieszkańcach) żadnego spoiwa, nie ma społecznej wrażliwości. Prawdę mówiąc nie ma nic poza jednym – zamiłowaniem do krytykanctwa. Na tle Sławy i Szlichtyngowej, nie ma Wschowy jako wspólnoty osób. Nie ma miasta. Są jednostki, które nie potrafią niczego zbudować poza poczuciem, że warto mieć chwilę aplauzu lub hejtu, co na jedno wychodzi.

To jakaś ironia losu, że w mieście, które jest na tle Sławy i Szlichtyngowej najmniej obywatelską społecznością, zrodził się pomysł budżetu obywatelskiego. Ale za to tylko w tym mieście przed finałem WOŚP i po finale, osoby, które nie przyłożyły ręki, żeby wspomóc ideę Jurka Owsiaka, postanowiły skrytykować co się da, cokolwiek, żeby, być może, zaznaczyć swoją obecność, kiedy właśnie tego dnia nie liczą się jednostki, ich przemyślenia znad biurka/klawiatury, spostrzeżenia itp.. Liczy się grupa, wspólnota, która działa na rzecz większej idei niż czubek nosa tej czy innej osoby. Tego we Wschowie (gminie) nawet podczas tak krańcowo charytatywnej, ogólnopolskiej akcji nie sposób pojąć.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)

Dodaj komentarz