Oglądaliście Don Juana DeMarco? Historię o największym kochanku świata (w tej roli Johny Depp), który spotyka największego psychiatrę świata (niezastąpiony Marlon Brando), w którym to filmie, gdyby go porównać, to najbardziej mroczne, katastroficzne filmy, nie potrafiły do tej pory podważyć żadnych zasad konstrukcji, na której osadzony jest… no, powiedzmy kosmos czyli wieczność, a dokładnie rzeczy ważne. Bo, cofając się do analogii, można mieć takie wrażenie, że jak w filmie ,,2012″ dochodzi do anomalii, zjawisk, które raz na zawsze unicestwiają budynki, samochody, wieloletni dobytek, to jednak jak pokazuje ten i nie tylko ten katastroficzny film, można stracić wszystko i da się to przeżyć, ale jeżeli straci się lojalność, zaufanie, miłość, przyjaźń, to choćby zachować resztę, dalsze życie niekoniecznie ma sens.
Więc Don Juan DeMarco, film, nie podważa fundamentów zewnętrznych, bo one zawsze są do odzyskania. Można kupić nowy samochód lub wybudować nowy dom. Proste. A skoro nie ma co do tego sporu, chociaż filmów na ten temat powstaje bez liku, Don Juan DeMarco postanawia zburzyć inny porządek, mówiąc tak: to nie ja jestem problemem i to nie ja powinienem spędzić resztę życia w szpitalu psychiatrycznym. To wy tak skonstruowaliście świat, że tacy jak ja (mówi DeMarco) stanowią dla was zagrożenie i jedyna diagnoza jaka wam przychodzi do głowy, to, cytuję: psychotropy.
Otóż film mówi nie wprost, że należałoby natychmiast i z całą stanowczością zamknąć te oddziały poradni psychologicznych, terapeutycznych, w których przekonuje się pacjentów, że miejsce w którym przebywają oraz lekarz, który stoi na ich drodze gwarantują mniejszą lub większą poprawę nastroju. Don Juan DeMarco mówi coś odwrotnego. Spotkanie z terapeutą rodzi się z fundamentalnego błędu, który można opisać mniej więcej w ten sposób: Przyszedłem, ponieważ jestem nieszczęśliwy, spotkało mnie w życiu wiele rozczarowań, porażek, trosk, problemów, które dzisiaj stanowią sumę moich doświadczeń, która mnie przygniata.
Don Juan DeMarco śmieje się z tego. Słyszę go dobrze. Mówi, że jest wprost przeciwnie. Że do terapeuty przychodzimy dlatego, że daliśmy w życiu wszystko, co mogliśmy, na co nas było stać. Byliśmy uczciwi, punktualni, opiekuńczy, stanowczy, kochaliśmy, natomiast to, co nas zawiodło, to reakcja świata, która nie potrafiła temu sprostać. I moment, kiedy spotykamy się z terapeutą jest dla nas sprawdzianem: albo mylimy się, bo jesteśmy pozerami, albo nie mylimy się, bo mylą się wszyscy inni.
cdn.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)