W ulubionym dyskoncie obok makulatury znalazłem Bieńczyka

Miało być o Hera, koka, hasz, LSD, ale wszedłem dzisiaj do ulubionego dyskontu, zajrzałem do książek, spośród niczego znalazłem Marka Bieńczyka i to za 9,99 złotych i uznałem, że Hera, koka, hasz, LSD to mam od weekendu na co dzień w Youtube, a jednak twórcę Tworek to mam w swoich zbiorach na regale z książkami. Więc popularny serwis może poczekać, Bieńczyk czekać nie może. Ostatecznie w życiu liczą się priorytety. Więc Sorry, jak śpiewa Maria Peszek, Polsko, to znaczy dokładnie sorry Hera, koka, hasz, LSD. Pisarz, wybitny pisarz, intelektualista w dodatku (a to jednak rzadkość) ważniejszy.

Otóż wchodzę do ulubionego dyskontu i kiedy ot tak, przypadkiem zaglądam do książek, to oczywiście niczego się nie spodziewam. Mnóstwo papieru, nawet twardych okładek, nawet Wielki Gatsby w tłumaczeniu Jacka Dehnela, ale żadnych wzruszeń. I nagle trafiam na ,,Książkę twarzy” Marka Bieńczyka.

Mógłbym właściwie powiedzieć potocznie, że świat się kończy. Mógłbym, ale mam swoje lata i czuję, że w moim wieku potoczność jest passe. Mało wybredna jest potoczność i nieporadna. Stąd dochodzę do wniosku, że nie, świat się w dyskoncie, w którym kupuję za 9,99 złotych wybitnego polskiego twórcę nie kończy. Bynajmniej. Świat się tutaj zaczyna. I tutaj kończy, przyznaję.

O Bieńczyku usłyszałem w 1999 roku przy okazji książki ,,Tworki”. Nie pamiętam czy już wtedy we Wschowie funkcjonował mój ulubiony dyskont. Możliwe, ale głowy nie dam. Może moi czytelnicy, których jest dosłownie dwóch (czyli ja i ja z innego komputera), to wiedzą, a jak wiedzą, to może podpowiedzą, bo u mnie jakoś pamięć szwankuje. W każdym razie do książki docieram rok później. Jako dobrze zapowiadający się pomocnik murarza o Bieńczyku słyszę w programie drugim polskiego radia, w tym samym, w którym co roku słuchałem w tamtym czasie pełnych relacji z Warszawskiej Jesieni. Takie to były czasy. I myślę, że właśnie wtedy, czyli w 2000 roku cały kunszt Bieńczyka odsłonił mi się tak, jak odsłonił się Chrystus Pawłowi w drodze do Damaszku. Raz na zawsze mnie Bieńczyk zdobył i nigdy więcej nie opuścił. A jak kilka lat później pojawiła się na rynku jego eseistyczna pozycja ,,Melancholia. O tych co nigdy nie odnajdą straty”, to chyba każdy rozumie, że sam tytuł mówi wszystko, zdradza tajemnice, lochy i zapajęczone strychy, do których intelektualista Bieńczyk zagląda z odsłoniętą przyłbicą.

I chyba wtedy, w tym 2000 roku musiałem pomyśleć o tym, że taka postać w polskiej literaturze i jej dorobek będzie sprzedawany w moim ulubionym dyskoncie za 9,99 złotych. Nie może być inaczej. Obok sterty makulatury będą książki Bieńczyka leżakować. Obok niczego, co udaje coś. Nic się nie zmienia od wieków. To, co wartościowe, jest przemilczane. Nie mówiło się o tym na królewskich dworach, podobnie obecnie nie podejmuje się wątków w telewizji ani w prasie. Przeciwnie. Najczęściej to, co jest chwilowe, modne, sezonowe dostarcza wesołej gawiedzi najwięcej atrakcji. Z jednej strony szkoda na to czasu, bo poza socjologicznymi obserwacjami, pozostaje w człowieku nic. A to, co może pozostawić ślad, wymaga poszukiwań. Jakby świat był tak skonstruowany, że w obawie przed wartościami szaleńczo produkuje nic, którym to nic świat jest wypełniony po brzegi. Aż się wylewa tak jest niczego pełno.

I nie sposób nawet na to się obrażać. Bo tak jest. Tak będzie. Pożytek z tego taki, że raz na jakiś czas los sprawi, że w ulubionym dyskoncie w miejscu gdzie najczęściej znajduję makulaturę, odkryję Bieńczyka. Czyż życie nie jest zaskakujące? Ba, niemal cudowne? Ekscytujące?

Ps. ,,Książka twarzy” Marka Bieńczyka można wypożyczyć we wschowskiej bibliotece. Warto.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)

Dodaj komentarz