Jak się nic nie wynurza z morza, to można się spodziewać, że za chwilę coś na horyzoncie zacznie niepokojąco przykuwać wzrok. Może to być jakaś Atena, wyskakująca z głowy Zeusa albo Afrodyta wyłaniająca się z piany morskiej. Licho, jak to mówią, nie śpi. Lub, jak mówi Martin Hart, jeden z bohaterów Detektywa, cytuję z zawodnej pamięci: człowiekowi wydaje się, że niezły okres w jego życiu to coś stałego i nagle zdaje sobie sprawę, że wszystko, czego mógł doświadczyć dobrego jest już przeszłością. Już tego nie ma.
Podobnie jest z piosenką Hera, koka, hasz, LSD w wykonaniu Karoliny Czarneckiej, którą miała okazję wysłuchać publiczność podczas 35 Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Nikt nie spodziewał się takiego aplauzu, bomby z opóźnionym zapłonem. Tym bardziej, że PPA skończyło swój żywot 30 marca i naprawdę nic nie wskazywało na to, że z jakiejś otchłani wyłoni się coś, co na kilka dni zakłóci fale radiowe, łącza internetowe, a nawet weekendowe imprezy rodzinne, gminne, wojewódzkie i ogólnopolskie. Nikt. Sam to przeżyłem na własnej skórze i wiem, co mówię.
Bo proszę sobie wyobrazić (fraza: proszę sobie wyobrazić jest miłościwie panującą frazą w ustach na przykład polityków mniej lub bardziej popularnych), że organizujemy w mieście cykl imprez. Niech to będą Dni Wschowy, Jarmark tutaj czy w Sławie, Dni Kołobrzegu lub coś w ten deseń. Mnóstwo wysiłku, jak to przy takich wydarzeniach bywa. Nerwów. Sporów, czasami nawet politycznych, a czasami kulturalnych.
W tym czasie organizatorzy marzą tylko o jednym: aby ich impreza była przedmiotem rozmów większości osób, które przypadkowo lub świadomie uczestniczyły w wydarzeniu. I to od rana do wieczora. Żeby ludzie sobie linki przesyłali drogą elektroniczną. Żeby prasa pisała w zachwytach rozmaitych, a na koniec, żeby materiały na youtube osiągały niebotyczne wyniki. I co? Co z tego wynika? Że cały wysiłek, tygodnie przygotowań może przekreślić coś, co się nagle wyłania z otchłani, z czegoś niezrozumiałego, mało stosownego, z jakiegoś imperatywu, który prawdopodobnie podłoże ma w takich apokalipsach jak tsunami. Przychodzi nagle i wszystko zmiata.
I tak właśnie jest z utworem w świetnej interpretacji Karoliny Czarneckiej. Nie uchowa się przed tym zjawiskiem ani Wschowa, Kołobrzeg, Ustki i Poznań. Ktoś tam w tych i innych miastach nad czymś się pochyla, zasila i wypruwa żyły i nagle w przestrzeni publicznej pojawia się ot taka piosenka Hera, koka, hasz, LSD.
Jeżeli jeszcze w piątek ktoś mi to podesłał z jakimś tam komentarzem, to w niedzielę, wychodząc po papierosy do sklepu obok, słyszę co? Co słyszę z okien bloku, który stoi naprzeciwko mojego? Czy słyszę może coś, co wydarzyło się podczas Dni Kołobrzegu, Wschowy, Tarnowa, Leszna, Sławy i Szlichtyngowej i innych też (miast)? Nie. Słyszę jak pobrzmiewa Hera koka, hasz, LSD. A jak dodam jeszcze, że w poniedziałek wszyscy utwór nucą pod nosem, to mamy klasyczny przykład blitzkriegu. Staraj się człowieku, ale nie znasz dnia ani godziny. Z otchłani się wyłoni i nikt o tobie już nie będzie pamiętał, za to wszyscy będą sobie nucić: podziel się z kolegami, czym masz.
Więc w sumie pewnie zasadny jest wniosek, że czym się dzielisz, to otrzymujesz w zamian. Niepamięć lub uwielbienie tłumów.
Ps. A interpretacje zachowania scenicznego Karoliny Czarneckiej lub samego tekstu? Nieistotne. Jak potrafi się spacyfikować wszystko, co wydaje się niby ważne, to jakie znaczenie ma, co kto rozumie z piosenki Hera, koka, hasz, LSD? Nawet mało ważny jest w tym znaczeniu werdykt jurorów PPA.
foto: youtube.pl
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)