Teoria literatury (bądź co bądź moja ulubiona teoria) ukuła swego czasu pojęcie idealnego czytelnika, który odczyta wszystkie intencje tekstu. W sumie nie wiadomo po co taki podmiot teoretyczny w teorii literatury, no ale jak wiadomo, teoria jedno, życie drugie. Oczywiście teoretycy literatury wytłumaczą cel konstrukcji. Zdaje się jednak, że nie powstała po to, tak myślę, żeby stworzyć idealnego czytelnika. Przeciwnie. Za każdym razem, przywołując ten wzór, daje przysłowiowego pstryczka w nos każdemu bez wyjątku czytelnikowi, sugerując jedynie tyle, że tekst na zawsze pozostanie tajemnicą, który istoty rzeczy nie odsłoni. Mógłby tego dokonać jedynie boski idealny czytelnik, ale takiego to ze świeczką nawet nie sposób znaleźć.
Dlatego od czasu do czasu pozwalam sobie napisać o tym, że nie ma idealnego czytelnika tego bloga, a więc w ogóle czytelnika nie ma poza ja i ja z innego komputera. Przynajmniej tyle daje mi teoria literatury ze swoimi fantazmatami, czyli poczucie bezpieczeństwa.
Dlatego zanim przejdę do sedna tego wpisu, najpierw historia, opowieść, krótka notka o sprawach ważnych, mniej ważnych i nieistotnych.
Spotkanie
Więc siedzimy sobie. On/ona/oni i ja. Wieczór. Czytamy. Zawsze coś czytamy. Rozmawiamy. A jak nie czytamy i nie rozmawiamy, to nie spotykamy się. Tym razem dwa artykuły, po jednym z ,,Polityki” i ,,Tygodnika Powszechnego” oraz pierwszy rozdział z ,,Wampira. Biografii symbolicznej” Marii Janion.
Lud węgierski Orbana kocha
W przypadku ,,Polityki” jest to wywiad Jacka Żakowskiego z prof. Radosławem Markowskim o zwycięstwie na Węgrzech Victora Orbana i czy Węgrzy w związku z tym oszaleli. Niemal cała rozmowa jest powtórką tego, o czym można było usłyszeć wielokrotnie w przypadku partii Fidesz i samego premiera. No bo co niby się zmieniło poza tym, że Orban wygrał ponownie. Jednak polskich komentatorów to dziwi, bo przecież tam, na tych szatańskich terenach, gdzie być może narodził się mit Wampira, wszystko stoi do góry nogami, albo niemal wszystko. Mało to demokratyczne, siermiężne jakieś, autorytarne, a jednak lud węgierski Orbana kocha. Ba, w pewnym sensie nawet Unia Europejska kocha Victora. To jaką my, Polacy, mamy postawę obrać?
Myślę, że jak zawsze bezpieczną czyli nijaką. Ci, którzy Orbanem w Polsce na sztandarach wymachują i tak nie potrafiliby przeprowadzić tak daleko niedemokratycznych reform. Ci, którzy w Polsce Orbanem się brzydzą nie zrozumieją fenomenu, ponieważ od zawsze kraj taki jak ten czyli Polska, zanim zdąży wypracować coś własnego, oryginalnego, nawet gdyby to było niedemokratyczne i prowadziło nad przepaść, sto razy się zastanowią i ostatecznie zapożyczą rozwiązania, które się gdzieś ponoć sprawdziły (żeby mieć jakiś obraz polskiego konformizmu polecam książkę prof. Tadeusza Kowalika (jednego z moich ulubionych nonkonformistycznych profesorów) WWW.Polskatransformacja.pl).
Stąd przechodzimy do ,,Tygodnika Powszechnego” i wywiadu Michała Olszewskiego z Waldemarem Frasyniukiem, który de facto jest najzwyczajniej w świecie ciekawszym tekstem, bo nie tak wtórnym jak ten z ,,Polityki”. Chociaż ,,Polityka” kosztowała w tym tygodniu 6,50, a ,,TP” 6,90 – stąd pewnie ciekawsze wywiady w droższym tygodniku.
Spotkamy się na cmentarzu
Frasyniuk opowiada o fasadzie polskich polityków, którzy jak ognia boją się dialogu z przedsiębiorcami i dlatego traktują ich jak piąte koło u wozu. Przedsiębiorca czyta kolejne ustawy z mozołem wypracowane w Sejmie i łapie się za głowę. Polski polityk zdobył na ten chaos wytłumaczenie: hej, hej mówi, nie czepiajcie się, jesteście tak agresywni i niebezpieczni, że gdyby dać wam palec, to zjedlibyście rękę. Dlatego nie będzie ani palca, ani tym bardziej ręki. Frasyniuk mówi, że boją się polscy politycy korupcjogennych scenariuszy. I chociaż tego już Władysław Frasyniuk nie artykułuje, to przecież mamy jakąś typową lacanowską konstrukcję polskich polityków. Jakby tym samym mówili jesteśmy tak moralnie słabi, że za każdym razem damy się złapać w pułapkę. Spotkamy się na cmentarzu jak Chlebowski z Sobiesiakiem.
Nadprzyrodzoność zarazem wulgarna i zdziczała
I w ten sposób dochodzimy do puenty czyli ,,Wampira. Biografii symbolicznej”. Idealny czytelnik podejrzewa już, że książka Marii Janion jest ciut droższa od wymienionych tygodników, więc też podejrzewa pewnie, że myśli tam zawarte są cenniejsze. Rzeczywiście tak jest. Janion jest droższa od tygodników.
W każdym razie zmuszony jestem przytoczyć cytat z ,,Wampira”, tutaj Janion cytuje Stanisława Lema, a rzecz dotyczy oczywiście pewnej psychologicznej konstrukcji pojawienia się zjawiska wampira w literaturze, a potem w popkulturze. Cytuję: ,,W wypadku duchów i monstrów musi wszakże zawsze iść o wiarę z najniższego, dennego niejako regionu metafizyki, jakby jej śmietniska czy rynsztoku, ponieważ ten niesamowity żywioł to nadprzyrodzoność zarazem wulgarna i zdziczała, tworzona przez bezładne wysypiska zanachronizowanego już zabobonu, przesądu czy zgoła psychotycznego omamu”
Komentarz? W każdej dziedzinie życia zawodowego, politycznego, kulturalnego, społecznego itd. jest pewien margines, który wydaje się nie istnieć, ponieważ upchane są tam nasze demony cywilizacyjne i osobowościowe. Nie zaglądając tam, wydaje się, że ich nie ma. A one są. I wychodzą za każdym razem, kiedy okazuje się, że wyrzuciliśmy je na śmietnik tylko po to, żeby w domu przez chwilę było czysto i przyjemnie. Ale – mówi Lem – śmietnik nie jest marginesem. Śmietnik jest częścią nas.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)