Tekst z 2008 roku opublikowany na stronie portalliteracki.pl.
—————————————
I
W 1979 roku Tadeusz Różewicz przemawia na festiwalu ‚Poesia in Pubblico’. Na spotkanie zjechali się poeci ze wszystkich stron świata. We wspomnieniach z pobytu w Genui (bo tam właśnie poeci debatują tego 1979 roku) Różewicz wspomina poetów ze Szwecji, Rumuni, Austrii, ale nazwiska ani ich poezja nie zapisały się w jakiś szczególny sposób w mojej pamięci. A podejrzewam też, że i w historii poezji w ogóle. Jedyny poeta z tych, których wymienia, a który wywołuje jakieś poruszenie jest Allen Ginsberg. O, ten poeta tak, tego pamiętam. Chociaż nigdy w szczególny sposób nie odcisnął na mnie jakiegoś niezapomnianego piętna, to co by nie mówić – jednak znam Ginsberga. Ze słyszenia. Jest pewnie w recepcji twórczości takich poetów jak Ginsberg coś, o czym pisał dawno temu Brzozowski, że w pewnych okresach żyje się ‚atmosferą moralną tego, co stanowi ostateczny wykwit’* kultury innych narodów. Wchłania się tę zewnętrzną fasadę nie pojmując i nie próbując wniknąć w jej głęboką i zróżnicowaną strukturę społeczno-kulturalną. Wystarczą okruchy. Może dlatego nigdy fenomenu Ginsberga nie rozumiałem. A kiedy próbowałem zbliżyć się, to w rezultacie i tak do niczego nie doszło.
Ciekawie musiało wyglądać to spotkanie Różewicza z Ginsbergiem. Spotkanie poetów. Różewicz ma pięćdziesiąt osiem lat, Ginsberg pięćdziesiąt trzy. Różewicz rozmawia z czytelnikiem bez emocji. Prowadzi intelektualną grę. I na tej płaszczyźnie buduje trudną zresztą relację ze współczesnymi. W 1965 roku na pytanie dziennikarki ‚Polityki’ czy czuje się poetą, autor ‚Niepokoju’ odpowiada, że nie, nie czuje. Nie czuje też potrzeby przynależenia do żadnego twórczego środowiska. O środowisku literackim mówi w tym samym wywiadzie: ,,środowisko literackie wydaje mi się przypadkowym zbiorowiskiem ludzi, w którym każdy może się znaleźć (…) W określonych zawodach obowiązują podstawowe wiadomości. A w naszym środowisku? Chyba tylko znajomość ortografii”.
Że też takiego puszczają do Genui. I to jeszcze na spotkanie poetów.
Ginsberg to postać kultowa. Na jednym ze zdjęć, które wyszukałem w googlach jest nagi, łysy, z bujnym zarostem. Ciekawe zdjęcie. Wyobrażam sobie nagie zdjęcie Różewicza, ale wyobraźnia szczególnych obrazów nie podsuwa. Pustka. Ginsberg w białej szacie, Ginsberg w gustownym płaszczu i Ginsberg we flanelowej koszuli, zarośnięty, łysawy jegomość. Które zdjęcie Różewicz oceniłby pozytywnie? A przecież w Genui polski antypoeta (albo jakby powiedział zainteresowany – nowy poeta) będzie przekonywał słuchaczy, że zagrożenie polega na drugorzędności, która zżera poezję. To czy wiersz jest czytany na stole, czy pod stołem nie zmienia wymowy dzieła. I po co wiersz jeździ ze swoim twórcą po kraju? Oddzielcie ziarno od plewy. A Ginsberg mówi: chciałbym opowiedzieć Różewiczowi jedno z moich przeżyć. I zaczyna się. Rozmawia poeta z poetą.
II
Różewicz pisząc o pobycie w Genui i wrażeniach związanych m.in. z Ginsbergiem wspomina, że krępemu poecie towarzyszy Peter Orlowsky ( znaczy to tyle, że jest partnerem życiowym, ale o tym wprost Różewicz nie napisze, zresztą nie ma takiej potrzeby). Napisze też w relacji dla ‚Odry’, że Ginsbergowi towarzyszył również ‚piękny młodzieniec, który przygrywał na flecie’.** Jak wyglądał Orłowski w tamtym okresie? I jak Ginsberg? Znowu pomaga w tym przeglądarka. Znajdzie się tam zdjęcie z 1978 roku Orlowsky’ego i Ginsberga (czyli na rok przed pobytem w Genui). A ten piękny młodzieniec z fletem w ręce? Jak wygląda? Tego nie wiem. Różewicz nie wspomina. A szkoda. Nie wymienia nazwiska, imienia, tylko ten flet wspomina. Zupełna anonimowość. Od spotkania poetów w Genui minęło niespełna trzydzieści lat. A piękny flecista pozostaje jedynie własnością Różewicza. Może właśnie dlatego, że towarzysz Ginsberga nie był poetą, więc nie zasługiwał na większą, szczególniejszą uwagę. Ciekawe gdyby tak Bóg, gdyby mógł, zapomniał o jakimś fleciście albo przez przypadek wymazał jego imię z księgi żywota. To czy na powrót mógłby je zamieścić? Orlowsky, pisze Różewicz, miał włosy upięte w warkocz, związane kolorową szmatką. A piękny młodzieniec należał jedynie do zespołu wokalno-muzycznego. Odpowiedzialny pewnie za oprawę muzyczną, no bo kto tam jeszcze miał grać? Przygrywać?
Różewicz pisze jednak i o innych uczestnikach ‚Poesia in publico’. Wymienia ich z imienia i nazwiska i rzecz jasna zwraca uwagę na ich wygląd. Relacjonując zapewne jedną z wielu dyskusji, wspomina szwedzkiego poetę Lase Soderberga: ‚Rzeczywiście, Lasse ma bardzo długie nogi… i jest bardzo przystojny… ale to dobry poeta’*** [sic!]. I jeszcze jednego poetę wspomina Różewicz – angielskiego poetę Wystana Hugh Audena. Przywołuje go poprzez wspomnienie Gotfrieda Benna, który ponoć w swoich wspomnieniach zajmował się wyglądem poetów, np. Eliota. Ale przy Audenie ów Benn pisze: ‚Ogromne wrażenie zrobiła na mnie jego twarz’ (,,Odra” 1984, nr 1 i 2) – to z jakiegoś spotkania poetyckiego. Różewicz też spotkał angielskiego poetę. W 1971 roku w Strudze nad jeziorem Ohrid. Tak to relacjonuje:: ‚Na nogach miał czarne sukienne pantofle (…) czytaliśmy wiersze ”na moście” i w pięknych cerkwiach z XIV i XV wieku… słuchały nas anioły fresków.’ I jeszcze to: ‚Ciekawe, że Benn ani słowa nie napisał o tym, co czytał Auden, opisał tylko jego zachowanie, twarz. Rzeczywiście twarz Audena była niezwykła.’ (,,Odra” 1984, nr 1 i 2)
III
W 1977 roku Państwowy Instytut Wydawniczy publikuje Przygotowanie do wieczoru autorskiego Różewicza. Na stronie sto dwudziestej ósmej krótki, półtora stronicowy tekst ‚Miłość lesbijska w romantycznym przebraniu’ o tym, że autor myślał o adaptacji Poganki Narcyzy Żmichowskiej. W ostatnim akapicie czytamy m.in.: ,,Chciałem opowiedzieć historię dwóch kobiet, które kochają (…) swoje ciała. (…) Mój ,,cenzor wewnętrzny” mówi mi, że i w naszych czasach miłość lesbijska nie jest rzeczą możliwą do pokazywania na scenie”. No, ale to rok 1977. Co nie przeszkadza przypomnieć, że Białe małżeństwo powstaje w 1975 roku. Tam też jest coś, do czego w Genui Różewicz będzie przekonywał słuchaczy, poetów. A nawet nie, nie przekonuje ich, raczej ostrzega. Przed czym?
IV
I jeszcze taka myśl, że może warto było nie o Różewiczu, a o Helmucie Kajzarze? Który po premierze sztuki Różewicza ‚Odejście głodomora’, uszminkowany, z czerwonym krawatem do białej koszuli w tłumie ludzi – na pytanie aktora i przyjaciela, co też wyrabia, odpowiedział: Nie widzisz, że się ukrywam? Ukrywał się, rzeczywiście, konstatuje przyjaciel wspominając ten wieczór (bo to chyba wieczór był raczej, nie? Wrocławska prapremiera Głodomora pewnie nie odbyła się w południe) (Dialog, nr 4, 2008). Wieczorem zresztą ukrywać się jest korzystniej. Kiedy do Jezusa przychodzi Nikodem, dostojnik żydowski, odwiedza syna Marii w nocy (Ew. Jana 3, 2a).
Kiedy Jezus zmasakrowany wisi na krzyżu, Nikodem przynosi sto funtów mieszaniny mirry i aloesu.(Ew. Jana 19, 19-20) Martwy jest człowiek, bóg i poeta. A jednak każdy z nich choć martwy nie rezygnuje z nocnych wędrówek, dlatego o Różewiczu powie Przyboś: ,,grzebie innych i sam dalej wierszyki układa” (Remont Pegazów, Szkice i felietony, Warszawa 1968, str. 260-268).
III
Ale wróćmy do Genui. Z miasta, w którym mieszkam do Genui jest około tysiąc sześćset kilometrów. Różewicz z Wrocławia miał o 110 kilometrów bliżej. Na spotkaniu w Genui Różewicz zaskakuje słuchaczy wypowiedzią o teatralizacji poezji. Najkrócej rzecz ujmując stanowisko poety sprowadza się do kilku punktów:
1. recytowany tekst w sposób porywający (tzn. Różewicz skupia się na poezji, ale pewnie dlatego, że to zlot poetów) niekoniecznie sprawdza się w ciszy hotelowego pokoju
2. przy pomocy głosu, rąk, twarzy, itp. recytujący zamienia ‚trociny na złoto’
3. tekst żyje bez swojego autora, ale i bez tego, który ten tekst przeczyta publiczności,
4. autor może umrzeć, zwariować, albo stać się pupilem publiczności, literatura żyje własnym życiem (no, to wiadomo, wszystko wiadomo)
5. związek tekstu z garderobą autora, deklamatora, aktora i cholera wie kogo jeszcze jest bez znaczenia
V
Nie palę od tygodnia, może od dwóch. Nieistotne. Tak jak nieistotna jest długość modlitwy. Nie palę, taka jest oficjalna wersja i ktoś ją skutecznie puszcza w eter. Komuś zależy na promocji. Na zasadzie: zobacz, a ten palił, a nie pali. Za chwilę wyjdę na balkon, wyjmę papierosa i zaciągnę się dymem. To będzie już późna noc i mój drugi papieros dzisiaj. Na tej zasadzie albo nigdy nie paliłem, albo paliłem, albo jak chcecie. Nieistotne. Tak jak nieistotna jest długość modlitwy, ilość linijek wiersza, stron powieści czy promocja zbioru opowiadań za pomocą plików audio (do ściągnięcia ze strony wydawnictwa) oraz to czy poeta ma nogi, czy ich nie ma.
Ten Gottfried Ben, którego już wspominałem mówi jeszcze o Audenie: Nie widać po nim, że jest wielkim pijakiem (jak o nim mówią).
*Brzozowski St., Współczesne kierunki w literaturze polskiej wobec życia, w: Eseje i studia o literaturze tom I, Wrocław 1990.
** Różewicz T., ,,Odra”, 1984 nr 1 i 2
*** Różewicz T., ,,Odra” 1984 nr 1 i 2
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)