Nie urażając nikogo, spraw istotnych dla miasta, które mają na nas wpływ jest nieskończona ilość. Na przykład od rana szukam dzienników Kafki, o których przecież wiem, że posiadam, a to znaczy, że bardziej jestem mieć niż być, jeżeli tylko okazałoby się, że jednak Franza Kafkę ktoś mi wyniósł z domu.
Podobnie rzecz się przedstawia w przypadku sznurowadeł do butów. Mam (czyli znowu wszystko wskazuje na to, że mniej we mnie być, więcej mieć), ale czerwone i trochę nie pasują do butów, które z czerwienią i wszelkimi odmianami tego koloru mają cokolwiek wspólnego. Za to te, które posiadam niby są, ale na wszelkie sposoby pozwiązywane, supełkowane, przypominają węzeł gordyjski i ledwo się trzymają obuwia. To też są problemy miasta. I dzienniki Kafki i moje sznurowadła. Nie mam wątpliwości. A ile takich prozaicznych zdawałoby się wydarzeń ma miejsce codziennie od rana do wieczora dla kilkunastu tysięcy mieszkańców, począwszy od przedszkolaków po osoby w jesieni życia, które to życie znają jak nikt?
Oczywiście ktoś powie, i będzie to uprawnione, że problemami miasta są tereny pod inwestycje, sprawozdanie dyrektora CKiR oraz chodnik na ulicy Klasztornej. Że to jest prawdziwy i jedyny węzeł gordyjski lub jakiś inny marynarski sznyt. Ale wtedy czyż moje sznurowadła, Kafka, a w przypadku tysiąca innych osób – wymiana koła w samochodzie, dwa jedyne plasterki wędliny w lodówce i stary chleb z dyskontu, dziecko, z którego śmieją się w przedszkolu lub brak tuszu do rzęs, to czy to jest nic? Mało ważne?
Bo gdyby sobie wyobrazić, że na przykład mój stary znajomy, czyli ja z innego komputera, wychodzi na miasto w sznurowadłach zlepionych jak woda z mąką, to gdy one, te sznurowadła się rozsupłają, rozpierzchną i ten bogu ducha winny ja z innego komputera, którego bądź co bądź wypuszczam w dżunglę miasta i jak on, ten ja z innego komputera, buta zostawi gdzieś po drodze, bo już nic się nie trzyma, nie związuje, nie łączy i zawstydzony wróci do mnie, a jeszcze po drodze jakiś inny mieszkaniec też zabiegany za tuszem do rzęs ten but podniesie i pobiegnie za ja z innego komputera mówiąc: proszę pana, proszę pana, a pan chyba zgubił obuwie, przynajmniej część obuwia, czy pan tego nie zauważył? To czyż ja z innego komputera nie odpowie w ten sposób, że proszę wybaczyć, ale to nie jest mój but? Chociaż wraca do mnie bez buta? I wszyscy są tego świadkami? W sensie wszyscy, którzy akurat tą drogą, gdzie sznurowadła puściły i but się osunął, byli świadkami kryzysu ja z innego komputera nie odbiegającego od kryzysu finansowego przecież, porównywalnego do tego kryzysu, który mam na myśli, a który to kryzys od 2007 roku nęka pół świata, a drugie pół przyciska do muru.
Jak taki ja z innego komputera wróci do domu bez buta, to czyż inne zmartwienia chodzą mu po głowie? Czy nie myśli raczej, że stracił buta i trzeba teraz chodzić z jednym półbutem na lewej nodze, a na prawej z trampkiem na przykład. Albo – co jest jeszcze większym wyzwaniem – zakupić nowe obuwie? Czy to się komuś mieści w głowie?
Dlatego wydaje mi się, ale tylko wydaje, że problemów miasta jest dużo więcej. Więcej niż włosów na głowie lub piasku na plaży. I to one wszystkie razem wzięte splatają się ze sobą i rozplątać nie chcą. Stąd nie mam tez zaufania do Aleksandra Wielkiego, który chciałby jednym machnięciem dłoni rozwiązać miasto, radę miejską, sekcje wokalne, urzędników, dyrektorów, pracowników Straży Miejskiej, przedsiębiorców, kościoły, matki i ojców, dzieci i ich rówieśników, szpitale i mieszkania w blokach.
Dlatego sam na własną rękę znajduję o dziwo dzienniki chudego (bo nie wątłego przecież), niedojedzonego Franza Kafki i już wiem, że teraz czas na sznurowadła, o których być może ja z innego komputera powiedziałby mniej więcej tak: zbieraj sznurowadła, po kieszeniach upychaj, te najbardziej przetarte, poskręcane, najkrótsze jakimi do tej pory udało się związać to lub inne obuwie, odkładaj do słoika. Albo do zamrażarki. Dla pokoleń. I być może – mówi ja z innego komputera – powiesz pewnego dnia do swojego Maxa Broda: wyrzuć te wszystkie pozostałości po moich niezręcznościach. A on – dodaje ja z innego komputera – nie spali sznurowadeł. Wystawi na allegro na przykład.
Albo jakąś słit focie strzeli jak sznurowadła wydobywają się w nocy ze zlewu i nie dają ci spać, jak Kafce – to znowu on, ja z innego komputera – bo że Kafka nie spał, to przecież żadna tajemnica, z tą różnicą, że on akurat sprawę sznurowadeł miał jakimś nieznanym ci sposobem uregulowaną.
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)