Stałem się wszystkim dla wszystkich, czyli rzecz o tym, jak idea miasta krąży wokół idei chrześcijańskiej wspólnoty

W prawym górnym rogu na tym blogu, do dzisiaj (ale gdyby do jutra, to i tak nie ma żadnego znaczenia) widnieje cytat z Kingi Dunin o lewicowej empatii. Że się różni od prawicowej tym, że prawicowa sprzyja swoim, a lewicowa Innemu.

Od dawna mam z tym problem (co też nie ma żadnego znaczenia w szerszym wymiarze, każdy nosi swoje brzemię na własny użytek). Nazwałbym ten wewnętrzny spór, że się tak wyrażę, problemem kapusty pekińskiej. Kiedy się ją poszatkuje, przygotowując do obiadu, każda z jej części mogłaby pewnie, podobnie jak Kinga Dunin, dookreślić własną tożsamość, wykluczając lub przynajmniej deprecjonując tożsamości innych poszatkowanych części kapusty pekińskiej.

Dzięki temu część pokrojonej kapusty pekińskiej będzie tworzyć z podobnie pokrojonymi częściami kapusty pekińskiej (podobnie, bo akurat osoba, która przygotowywała obiad, miała taką fantazję, żeby część tej kapusty skroić pod kątem takim, a część pod innym, a jeszcze inne fragmenty kapusty potraktować ot tak, nijak, bo akurat krojący się zamyślił).

Dzięki tak skrojonej kapuście mamy ten sam twór tylko w kawałkach, ale za to już pełen frakcji, sprzecznych idei i pomysłów na to, co dalej, jak takiej kapuście pekińskiej w rozczłonkowaniu swoim ogromnym przyjdzie żyć w następnych etapach przygotowań do obiadu. Więc w rezultacie jedna frakcja głosi drugiej frakcji o tym, że interesuje się tylko innymi częściami kapusty pekińskiej, a za to inna część kapusty pekińskiej interesuje się, ale na przykład nożem, który całe to warzywo pokroił, dlatego też nóż jest Innym.

Stąd fragment wypowiedzi Kingi Dunin jest mądry i w ogóle, ale nie różni się niczym od wypowiedzi zwierzchników kościołów katolickich, prawosławnych i protestanckich. Nie różni się od uwag naukowców tej lub innej dziedziny, czy partii politycznych, której frakcje od dawna są okopane i – jak to w życiu bywa – każda sezonowa idea, wykrojona z całości bywa przez chwilę i na pewnym etapie potrzebna, a może nawet niezbędna, ale po czasie staje się tylko historią, elementem, który doraźnie przyniósł rozwiązanie, które dzisiaj i tak już się wyeksploatowało. I trzeba szukać dalej, w innym miejscu, łączyć sprzeczności i banały, wierząc, że coś z tego obiadu wyniknie. Co? Pewnie wszystko zależy od kucharza, a jak nie od kucharza, to może od świeżości składników, które akurat ma pod ręką. Z tą świeżością najczęściej bywa różnie.

W związku z tym w ostatnim czasie przyglądam się temu, co napisała Jadwiga Staniszkis w ,,Antropologii władzy”, gdzie punktem wyjścia jest Traktat Lizboński, który zakłada, że wyznaczając możliwie pojemne granice dla wspólnego, europejskiego porządku administracyjnego, poszczególne państwa/narody będą w stanie wypracować model w oparciu o własną tożsamość, który będzie różnił się od innych modeli narodowych, ale jednocześnie mieścił się w pojemnej formule TL/Unii Europejskiej.

Mój problem z dość ciekawą, ale jednak wtórną propozycją Traktatu Lizbońskiego polega na tym, że taki model proponował już Paweł, zakładając wspólnoty chrześcijańskie, proponując ich członkom, aby w ramach bardzo pojemnej, ówczesnej i rozumianej raczej przez Pawła, chrześcijańskiej idei, potrafili rezygnować na przykład z jedzenia mięsa w przypadku, kiedy spotykają na swoje drodze osoby, dla których spożywanie mięsa stanowi problem. Możemy wszystko, tylko nie wyrządzajmy krzywdy innym – głosił Paweł – albo inaczej: uwzględniajmy możliwości intelektualne, religijne, społeczne z ich ograniczeniami i póki nie wykraczają poza przyjęte (raczej w znaczeniu moralnym niż jakimkolwiek innym) granice, to możliwa jest miejska rewolucja.

W moim odczuciu Traktat Lizboński nie przynosi niczego nowego. Aczkolwiek odpowiedzialność za sensowny wyraz idei TL, autorzy składają na administrację, a konkretnie na osoby, które tam pracują, na ich zasoby intelektualne. A to chyba jednak trochę za mało.

Zupełnie jednak inaczej definicję władzy i wspólnoty, która pojawia się przy osobach, sprawujących władzę traktuje Krzysztof Nawratek w ,,Dziurach w całym”. Wychodząc z założenia, że wszyscy dzisiaj jesteśmy oblepieni ideą wolnego rynku (neoliberalizmu), Nawratek wychodzi poza formułę racjonalności, a proponuje oprzeć się na transcendencji, budując jednak realny system, w którym odpowiedzią na wolny rynek jest pluralizm (podobnie zresztą definiuje TL Jadwiga Staniszkis, tłumacząc, że tylko wielość/różnorodność zachowań na jakąś reakcję stanowi bezpieczny fundament dla nowej ontologii władzy). Krzysztof Nawratek posiłkuje się przy okazji chrześcijańskimi twórcami, dzięki którym może wprowadzić do swoich poszukiwań kategorię, która jest opozycją dla tego, co dzisiaj widać gołym okiem, czyli frazę: nie z tego świata (bo z tego świata, to mamy w ramach neoliberalizmu, którym wszyscy bez wyjątku jesteśmy oblepieni, pogardę dla osób, które nie potrafią na rynku się utrzymać, przez co tracą pracę, krążą jak widma ze statusem bezrobotnych i stają się z roku na rok marginesem, na który nikt według racjonalności neoliberalizmu nie powinien nawet spojrzeć, po prostu ich nie ma, mają pecha). Bo skoro dzisiaj pozornie nie ma alternatywy dla wolnego rynku i każdy czy to z lewa, czy prawa posługuje się neoliberalnym językiem, to jedyną odpowiedzią/reakcją na ten model myślenia musi stanowić konstrukcja, która wykracza poza to, czym wszyscy bez wyjątku są zdeterminowani. I moim zdaniem jest to propozycja, która zbliża się do odpowiedzi w jaki sposób budować dzisiaj relacje między miastem (ratuszem) a aktorami, którzy wyłaniają się z tego miasta.

Ale, że obie te propozycje krążą jednak wokół tego, co proponował chrześcijański Paweł w ramach funkcjonowania chrześcijańskich wspólnot, to w moim odczuciu odpowiedzią nie jest dość kontrolowana transcendencja, ale transcendencja sama w sobie, czyli innymi słowy odpowiedzią na wszystkie niemal fundamentalne pytania o władzę, społeczeństwo i relację między nimi oparte na polityczności zasadza się na tym, że rozwiązaniem jest brak rozwiązań. Inaczej: nie pluralizm, ale pewna wspólnotowa wrażliwość, w oparciu o osoby, które kierują się moralnymi kategoriami w oparciu o ten fragment:

Tak więc nie zależąc od nikogo, stałem się niewolnikiem wszystkich, aby tym liczniejsi byli ci, których pozyskam. Dla Żydów stałem się jak Żyd, aby pozyskać Żydów. Dla tych, co są pod Prawem, byłem jak ten, który jest pod Prawem – choć w rzeczywistości nie byłem pod Prawem – by pozyskać tych, co pozostawali pod Prawem. Dla nie podlegających Prawu byłem jak nie podlegający Prawu – nie będąc zresztą wolnym od prawa Bożego, lecz podlegając prawu Chrystusowemu – by pozyskać tych, którzy nie są pod Prawem. Dla słabych stałem się jak słaby, by pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych. Wszystko zaś czynię dla Ewangelii, by mieć w niej swój udział (1 kor. 9, 19-23).

W jaki sposób ten język Pawła, uwzględniając to, co proponuje Jadwiga Staniszkis i Krzysztof Nawratek wprowadzić w relacje miasta? O tym w następnym wpisie.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)

Dodaj komentarz