To co się wydarzy jest przekleństwem

Przyszłość nie istnieje. Nie ma chrześcijańskiej apokalipsy, zbliżających się wyborów samorządowych, przyszłych decyzji Spółdzielni Mieszkaniowej, rozwiązujących problem wody we wschowskich mieszkaniach, jarmarku nie ma lub dni Wschowy. Nie ma też optymistycznych wyników Joanny Erbel w wyborach na prezydenta Warszawy lub podobnych wyników jakiegokolwiek ruchu, który chciałby wpływać na przyszłość. Ponieważ jedyne co jest dostępne, to przeszłość i teraźniejszość. Sposób oceny tego, co wydarzyło się wczoraj, może. chociaż nie musi, wpływać na to co wydarzy się jutro. A z kolei teraźniejszość stanowi tak nieskomplikowany proces, zależny od okoliczności, nastroju, poziomu profesjonalizmu lub boskości, że wydaje się jedynie sumą mało przewidywalnych konsekwencji, które i tak znane będą w przyszłości, która nie jest znana.

Nie jest, a jednak co kilka dni, tygodni, miesięcy lub lat pojawiają się na arenie międzynarodowej, narodowej lub lokalnej postacie, który za wszelką cenę starają się wyznaczyć kierunek, jakiś cel, zarazić słuchaczy, zapewnić ich, że intelektualny proces oceny przeszłości, nie dosyć, że wpłynie na teraźniejszość, to jeszcze ma siłę, wolę i determinację, by opisać przyszłość i mieć poczucie odpowiedzialności za nią z wszystkimi konsekwencjami.

Zdaje się, ze w historii ludzkości nie ma nic tak pociągającego jak sposób kreowania. Problem polega na tym, że człowiek potrafi jedynie zaadoptować przeszłość, jeżeli jest rozsądny to ma wpływ na teraźniejszość, ale w żaden sposób nie jest w stanie wykreować przyszłości.

To, co się dopiero wydarzy jest przekleństwem. Na przykład zbliżająca się kampania wyborcza bez wyjątku, zmusza wszystkich graczy do zajęci roli boga. Będzie tak i tak, starają się przekonać wyborców, a jak nas nie wybierzecie, to będzie tak i tak. Doświadczenie mówi, że ani tak nie będzie, ani tak. Ponieważ to samo doświadczenie instynktownie podpowiada, że i owszem można wejść w buty boga, który zna przyszłość, ale trzeba intensywnie zmieniać teraźniejszość. A nawet przeszłość. Nie ma innej drogi. Przyszłość sama w sobie nie wizualizuje się, kiedy teraźniejszość pozostaje nienaruszona.

Są bogowie, którzy potrafią. Neoliberalni bogowie. Żeby ich zdjęcia powiesić na tablicy szkolnej, jako relikt przeszłości, prawdopodobnie trzeba obrać zupełnie inną drogę, dać się ukrzyżować, odejść w cień, zniknąć, pod warunkiem, że widzi się w tym geście proces, ewolucję, konkretnych ludzi, którzy chcieliby myśl, ideę rozwijać, poszerzać i przekonywać do niej.

Na razie jest bez zmian. Bogowie, bo są bogowie, kreują przyszłość. Nic nie wskazuje na to, żeby jakikolwiek gracz na arenie krajowej i lokalnej miał ochotę podjąć wyzwanie. Nie będzie rewolucji we Wschowie, Warszawie ani w Poznaniu. Bo poza obecnymi bogami, alternatywa ma jedynie charakter ludzki, odwołujący się do przeszłości, ewentualnie teraźniejszości. Przyszłość wciąż jest nieznana, chociaż przewidywalna.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)

Dodaj komentarz