Być jak Lenin

W nowej siedzibie biblioteki trafiłem na biografię Lenina. Autor Beryl Williams, wydawnictwo Ossolineum – to dobra okazja, żeby uczcić swój kolejny pobyt w byłym budynku rezydencji jezuitów.

Nie tylko biografię Lenina zabrałem do domu, bo inne jeszcze przy okazji też, ale tyle ostatnio rozmów o wyjazdach ze Wschowy młodych ludzi i powracająca co jakiś czas opinia, że koniecznie stąd trzeba uciekać, nie ma dokąd wracać, więc dlaczego by nie spojrzeć na biografię Lenina pod tym kątem? Mieszkał w małym miasteczku, wyjechał, nie wrócił w rodzinne strony, studiował, jeździł po Europie, owszem jak już jeździł to spotykał się z takimi indywiduami jak Lafurge czy Plechanow, ale komu kto dzisiaj zabroni opuszczając Wschowę spotykać się np. ze Slavojem Zizkiem czy Alainem Badiou? Niech każdy o swoją biografię zadba. Lenin zadbał, a wychował się przecież w Symbirsku, małym miasteczku, trochę większym od dzisiejszej Wschowy i jak wieść niesie, to co widział na co dzień przypominało młodemu Wołodii życie Obłomowa, czyli tytułowego bohatera książki Iwana Gonczarowa (ponoć zmora dla osób, studiujących filologię rosyjską). A co takiego robił Obłomow? Właśnie nic nie robił. Nie pisał bloga, nie zakładał stowarzyszeń, nie był za ani przeciw, nie podpisywał petycji, nie chodził na manifestacje, nie został członkiem żadnej terrorystycznej frakcji, której jedno ze skrzydeł miało ochotę na zabójstwo cara Aleksandra II. Nic.

Więc młody Lenin tę obłomowszczyznę widział. Gdyby urodził się we Wschowie, pewnie widziałby ten mechanizm i tutaj. Wszędzie. W Symbirsku, w Kokuszkinie, gdzie wyjeżdżał na wakacje, wszędzie, całą Rosję tak widział i pomimo tego, że oczywiście chciał się urwać z Symbirska, kończąc gimnazjum z wyróżnieniem, to wiedział zdaje się jedno, że w ruchu/działaniu jest cel. Dlatego między innymi jak pisze Williams w biografii, Lenin porzuca myśl o studiowaniu klasyki czy literatury, a decyduje się na ekonomię polityczną i prawo, bo były to, cytuję ,,dziedziny bardziej związane z życiem”. Podobnie jak Olga Tokarczuk, tytułując swoją książkę Bieguni, dawała do zrozumienia, że będąc w ruchu, jak wierzyli strannicy (nurt bezpopowców, odłam staroobrzędowców) zło ma utrudniony dostęp do człowieka. Trochę to może zbyt daleki przeskok, ale łączy obydwie postawy przekonanie o tym, że bezruch prowadzi donikąd. Gdyby przywołać wschowski kontekst, gdzie od czasu do czasu Wschowę pokazuje się jako miasto rencistów i emerytów, a mlodzież jako skarb narodu, który ucieka z miasta, byle dalej od niego, to trzeba przy tej okazji uznać, że rozwój nie jest zależny od miejsca, ale od intelektualnego ruchu, samodyscypliny. Jeżeli ona jest, to gdziekolwiek człowiek się znajduje, nie zabraknie atrakcji. W przeciwnym wypadku nic nie pomoże – żaden Kraków, Łódź, Gdańsk czy Lublin, emigracje stąd dotąd. Zawsze pozostanie lęk przed działaniem i obrastając w tłuszcz niezbędnej retoryki, pozostanie punkowska konkluzja: no future.

Młody Wołodia patrzył na swój rodzinny Symbirsk i był mu niechętny. Nawet ponoć pseudonim ,,Lenin” wzięło się od slowa lenistwo (len), co miało stanowić jakiś rodzaj prewencji, rób wszystko, aby nie dopadła cię obłomowszczyzna, lenistwo itp. (inni twierdzą, że ,,Lenin” wziął się od rzeki Leny).

Ale młody Wołodia przyszłość przed sobą miał, chociaż lekko nie było. Szczególnie wtedy, kiedy jego brat, starszy o 4 lata Aleksander, jak tylko opuścił Symbirsk i zaczął studia w Petersburgu, postanowił przyłączyć sie do narodowolców, mało tego, do frakcji terrorystycznej i o mało nie został zabójcą cara. A to już poważny problem. Tata na państwowym stanowisku, a tu taki cios. Brata złapano i powieszono, a na Uljanowów miano od tej pory oko. Do tego stopnia, że ojciec zmarł rok przed podjęciem studiów Wołodii, a siostra, która również była podejrzewana o spisek, wypuszczona na wolność wkrótce zmarła na tyfus.

W każdym razie młody Lenin skończył szkołę w Symbirsku, małym wtedy miasteczku, trochę większym od Wschowy. Wakacje spędzał u babci w jeszcze mniejszej miejscowości. Same kłopoty właściwie. I teraz, wybiegając w przyszłość, warto spojrzeć w oczy tej biografii. Bo gdyby założyć, że podobnie jak z Symbirska uciekają młodzi ludzie ze Wschowy, to może warto by straszyć ich karierą Lenina, żeby nie wyjeżdżali, wierząc, że młody człowiek naturalnie powinien marzyć o tym, aby nie być jak Lenin, czyli nie opuszczać swojego rodzinnego miasta.

Bo z kolei patrząc na przyszłość Władimira Iljicza Uljanowa, tego czego się dorobił, gdzie bywał i co z tego wynikło, można by w odpowiedzi na emigracyjny lament, którego kierunki są niezbadane (z Warszawy do Nowego Jorku, ze Wschowy do Wrocławia) wprowadzić retoryczny terror, który brzmiałby mniej więcej tak: zostań we Wschowie, bo prowadzę kampanię wyborczą, w której przekonuję, że jak przejmę ratusz, to młodzi ludzie ze Wschowy nie wyjadą. W ogóle nikt miasta nie opuści.

I wtedy taki młody człowiek może takiej presji nie wytrzymać. Poddać się jej, zdezerterować, nauki nie podjąć i uczestniczyć w spotkaniach z podróżnikami, w seansach filmowych, może Polska Światłoczuła zawita, w nowej siedzibie biblioteki prasę poczytać itd., itp.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)

Dodaj komentarz