Którzy w opisie miasta tworzą getta

Na Facebooku pod linkiem do poprzedniego wpisu, wywiązała się dyskusja. Krótka, ale treściwa. I od tamtego czasu kilka razy w rozmowach, ale już poza facebookiem, usłyszałem to, na co zwracali uwagę rozmówcy pod wpisem na fb, a mianowicie, że miasto, to ludzie. To z kolei przypomniało mi taką starą anegdotę z teorii literatury.

Otóż pewna studentka po zajęciach z pewnym anarchizującym teoretykiem zapytała innego wykładowcę, z którym od nowego semestru miała zajęcia, pytając czy na ćwiczeniach jest tekst? Wykładowca trochę spanikowany, odpowiedział zgodnie z prawdą, że oczywiście studenci na ćwiczeniach będą pracować z konkretną książką. Na co studentka odpowiedziała, pewnie bezczelnie, że pyta nie o ten konkretny tekst, tylko czy na tych ćwiczeniach wierzy się w wiersze i tego rodzaju rzeczy, czy w czytelników.

Gdyby tę anegdotę przenieść na lokalne warunki, to można spokojnie sparafrazować pytanie studentki i sformułować je w ten sposób: czy gdziekolwiek, gdzie pisze się o Wschowie, wierzy się we Wschowę, czy w jej mieszkańców?

I w tym widzę zasadniczą różnicę teoretyczną i praktyczną zarazem. Nie ma Wschowy, jest dominujący co jakiś czas jej opis, z którym mieszkańcy się identyfikują lub nie.

We Wschowie, odkąd pamiętam, opis miasta – czy ten stan się akceptuje, czy nie, to bez znaczenia – wychodzi z ośrodka władzy. Kiedyś to była sentymentalna opowieść o przeszłości z bardzo specyficzną, ale wybiórczą ochroną np. historii Kresowian lub protestantów, ale już nie historii Żydów lub osób z ciekawą przeszłością, którzy nie byli Kresowianami. Obecnie dominuje nie mniej sentymentalna historia, której marzy się wielkomiejska nowoczesność, gdzie wierzy się w pracodawców (OPZL), oszczędności, taka wartość wyższa niż człowiek i wielką Wschowę (Burning Sun Festiwal).

Ale za każdym razem, opis miasta wdzięczy się do tych, którzy w poprzednim opisie czuli się wykluczeni. Niezłym przykładem na to są komentarze na Zw pod artykułem o nowym placu zabaw za drugim stawem na ulicy Obrońców Warszawy. Myślę, że komentator, który pisze, że od 30 lat oczekuje jakiegoś zainteresowania tą częścią miasta, nie przesadza. Zakładam, że mógłby oczekiwać 30 lat i może nawet miałby poczucie, ze to ma sens, gdyby opis miasta kiedykolwiek tego mieszkańca uwzględnił.

Dlatego z jednej strony nowe opisy Wschowy są o tyle pożyteczne, że w końcu część mieszkańców miasta czuje, że ktoś nimi się interesuje, z drugiej strony nadal brakuje takiej opowieści, która uwzględni wszystkich. I to, moim zdaniem, może stanowić realną alternatywę dla tych, którzy kiedyś opisywali miasto (przez ostatnie trzy kadencje) i dla tych, którzy dzisiaj to czynią, ponieważ jedni i drudzy chcąc nie chcąc, pozostawiają sporą część mieszkańców na marginesie.

W każdej lokalnej społeczności znajdują się tzw. osoby pozytywnie zakręcone (nawiązując jeszcze do dyskusji pod poprzednim wpisem). Z miast dobrze mi znanych, to chyba tylko w Sławie na tle okolicy, potrafią te osoby znaleźć sobie miejsce. Pewnie dlatego, że opis Sławy nie daje zbyt wiele przestrzeni do wykluczenia. Przeciwnie – nawet jeżeli w lokalnej polityce jest gdzieś nie po drodze, to tzw. osoby pozytywnie zakręcone potrafią się odnaleźć. We Wschowie, najczęściej, jednak wyczuwa się, że opis miasta ich nie obejmuje, a to skutkuje tym, że wybierają podziemie i nigdy lub prawie nigdy nie zgodzą się na alians z tymi, którzy w swoim opisie miasta tworzą getta.

Dodaj komentarz