O tym, co łączy ,,Smoleńsk” z Radą Powiatu Wschowskiego i odebranymi godzinami

Co łączy poza głównym konkursem pokaz filmu ,,Smoleńsk” na Festiwalu Filmowym w Gdyni z personalnymi zmianami w prezydium Rady Powiatu Wschowskiego i z odebraniem mojemu koledze redakcyjnemu Olkowi 4 z 9 godzin, które jeszcze do niedawna miał zapewnione w szkole? Postaram się to wyjaśnić.

Jakiś czas temu głośno było o tym, że ,,Historia Roja” nie została zakwalifikowana do konkursu głównego 41 Festiwalu Filmowego w Gdyni. Każdy chyba pamięta, że tę decyzję skrytykował minister Gliński, zrobiło się trochę szumu i po kilkunastu dniach o tym incydencie zapomniano. Dzisiaj, słuchając w Tok Fm audycji Tomasza Raczka Szczerotok z 7 września, w której rozmawia z dyrektorem artystycznym gdyńskiego festiwalu Michałem Oleszczykiem, dowiedziałem się, że film ,,Smoleńsk” będzie miał swój poza konkursowy pokaz.

Trochę się zdziwiłem, słysząc o tym, ponieważ wychodziłem do tej pory z założenia, że jeden i drugi film łączy podobne podejście do widza, opowiadanej historii, samej sztuki filmowej i że po prostu te filmy nie nadają się do tego, aby na jakimś poważnym festiwalu je pokazywać. Wysłuchałem Michała Oleszczyka i zostałem przekonany, że jednak warto. Ale zanim o tym napiszę, to kilka zdań na temat okoliczności, związanych z pokazem filmu ,,Smoleńsk”.

Kiedy doszło do sporu między ministrem Glińskim a dyrektorem festiwalu Oleszczykiem, wiele osób wsparło tego drugiego. Kiedy chwilę potem okazało się, że film Antoniego Krauzego ,,Smoleńsk” będzie wyświetlony poza konkursem (,,Smoleńsk” nie został zgłoszony do konkursu w odróżnieniu od ,,Historii Roja”), część tych osób, która wcześniej poparła w sporze Oleszczyka, tym razem nie kryła zdziwienia tą decyzją. Jak mówi sam Michał Oleszczyk w rozmowie z Tomaszem Raczkiem, decyzja o poza konkursowym pokazie zapadła na kilka tygodni przed tzw. aferą Rojową. Stąd nie ma na przykład podstaw do myślenia, że w międzyczasie Oleszczyk ugiął się i żeby nie prowokować kolejnej afery, zdecydował się na ,,Smoleńsk” w Gdyni. Nic takiego.

Czym kierował się dyrektor artystyczny Festiwalu Filmowego w Gdyni? Jak mówi: To film, bardzo polityczny, z wyrazistą tezę, nie pozostawiający zbyt wiele miejsca na wątpliwości, ale taka jest rola filmu w demokracji, filmu, który mówi nam rzeczy, z którymi możemy się głęboko nie zgadzać (…) Żyjemy w kraju, w którym wersja wydarzeń prezentowanych w tym filmie jest podzielona przez ogromną część obywateli. Nie mogę udawać, że tej części moich współobywateli nie ma. Nie mogę ich zamieniać w jakąś internetową tłuszczę, z którą kontaktuję się, ja czy ktokolwiek inny, tylko i wyłącznie przez gniewne komentarze na portalu internetowym. Nie. To są moi współobywatele. I ten film wyraża to do czego oni są przekonani i do czego jest także przekonany Antoni Krauze. Uważam z całą pewnością, że ten film powstał z głębokiego przekonania, a nie z cynizmu i nie z serwilizmu, bo Antoni Krauze zaczął kręcić ten film w czasie, kiedy absolutnie temat i wymowa tego filmu były niemile widziane przez ówczesne władze (…). Są reżyserzy wprost polityczni i w dojrzałych demokracjach są za tą polityczność cenieni (przywołuje się tutaj film JFK Oliviera Stone’a). Są tacy reżyserzy, jak Costa Gavras, Ken Loach, który kreśli nieprawdopodobnie określone filmy polityczne. Swoją drogą oglądając ,,Smoleńsk” nie mogłem się uwolnić od porównań z filmem Kena Loacha (…) ,,Tajna placówka”. Film zrobiony w 1990 roku, w którym Loach wprost oskarżał administrację Margaret Thatcher o wspieranie tortur na bojownikach w Irlandii Północnej. Bardzo silne oskarżenie rządu o zbrodnicze czyny. Część krytyki zarzuciła mu manipulację faktami, itd., tak, jak ma to miejsce często w demokratycznym świecie, kiedy filmowiec chce przeprowadzić jakąś tezę i dla dramatycznego efektu, tymi faktami manipuluje. W demokracji filmowiec ma prawo do tego, żeby swoim filmem zająć polityczne stanowisko. Ten głos powinien zostać wysłuchany. Oczywiście nie powinno być takiego obowiązku, bo nie mówię, że każdy ma teraz taki film obejrzeć, ale na tym polega ten wielogłos, jakim jest demokracja. Do niczego nie dojdziemy, jeżeli będziemy wytłumiali jeden kanał i zamiast w stereo będziemy żyć w jakimś narzuconym mono. (spisane na podstawie audycji Tomasza Raczka z 7 września w Tok Fm ,,Salon – Szczerotok” pt. Czy ,,Smoleńsk” na Festiwalu Filmowym w Gdyni to pomyłka? Rozmowa z Michałem Oleszczykiem i słuchaczami).

Przytoczyłem dłuższą wypowiedź, w której Oleszczyk uzasadnia decyzję o wyświetleniu filmu ,,Smoleńsk” w Gdyni, bo jej treść przypomina mi to, co w pierwszych rozdziałach ,,Prześnionej rewolucji” Andrzeja Ledera mówi się o współczesnym sporze politycznym w Polsce i o tym, że przez lata, część wyborców była pomijana, lekceważona przez liberalny model opisu kraju. Oleszczyk, uprawiając trochę politykę, jest zdania, że w dojrzałych demokracjach nie wytłumia się jednego kanału i nie żyje się w narzuconym mono. To samo mówi Leder. Jestem przekonany, że to jest właśnie zbiór możliwych do wypracowania cech, postaw, gestów, które powinny zostać zawarte w nowym opisie, czyli nowym sposobie myślenia i działania w polityce. I nie mam na myśli teraz całego kraju, ale właśnie lokalną społeczność. Kiedy o tym rozmawiam czasami ze znajomymi twierdzą, że to fikcja i niemożliwy do spełnienia sen. Jestem przekonany, że to jak najbardziej jest możliwe.

Słuchając Oleszczyka, czytając wcześniej Ledera, miałem nieodparte wrażenie, że można by tę wypowiedź wygłosić (modyfikując niektóre wątki stosownie do czasu i miejsca) podczas ostatnich sesji Rady Powiatu Wschowskiego, gdzie od pewnego czasu następują zmiany w prezydium Rady lub – gdyby ktoś chciał słuchać – w przypadku odebrania Olkowi godzin w szkole. Dlaczego właściwie nie może być w koalicji rządzącej dwugłosu, stereo? Dlaczego rządzący (tak, jak to wygląda w gminie) obawiają się polemiki i zdolni są do wycinania w pień swoich polemistów? Dlaczego i kto o tym niby zdecydował, że tylko i wyłącznie przekaz mono jest odpowiedni? Która teoria polityczności mówi, że stereo rozsadzi od środka każdą rządzącą koalicję, a mono zapewni jej trwałość? I dlaczego mielibyśmy nadal wierzyć, że większość, ale w wersji mono, wie wszystko najlepiej, nie popełnia błędów, jest nieomylne? Tak, wiem, że dominuje zupełnie inne myślenie o lokalnej polityce, a to co piszę może (pozornie) razić naiwnością. Każda przecież próba włączenia stereo budzi podejrzenia, dystans i w efekcie prowadzi do pogłębienia różnic. Ale ten sposób myślenia świadczy chyba o tym, że uprawia się niedojrzałą demokrację, na którą póki co jesteśmy skazani.

Więc wierzę w ten nowy opis w wersji stereo, o którym nieustannie wspominam na tym blogu. I – też w to wierzę – taki opis jest możliwy nie tylko teoretycznie.

Dodaj komentarz