Nie wiem, jak o tym napisać. Najchętniej bym to wykrzyczał. Powstawiał wykrzykniki. Naszpikował wulgaryzmami. Wszystkie te emocje, szczególnie złe, nauczyłem się przetwarzać. Na obrazy. Najlepiej filmowe. Mam przed oczami jakąś scenę i wyraża ona wszystko, co chciałbym powiedzieć. Ostatnio w rozmowie z R., próbując wytłumaczyć moje zachowanie, chciałem przywołać jedną scenę. Zapytałem czy oglądała taki to a taki film. Nie oglądała. Scena się rozpadła, gardła się napięły, kości rozsypały. R. powiedziała wtedy: ale nie możesz przecież po takim wydarzeniu zamykać się w domu i z nikim nie kontaktować.
Dygresja 1: Wiem co powiesz. Po co się wybebeszać publicznie. Ludzie są źli. Krzywdę zrobią, wykorzystają. Nie możesz nie pisać? Musisz pisać? Odpowiadam: Nie napiszę, będę to nosił w sobie. Muszę napisać. Chuj mnie obchodzi, co i kto z tym zrobi.
Więc nie mogłem przywołać sceny z tego filmu. Z jakiego filmu, to o tym za chwilę. Więc mówię, wiesz, czasami jest tak, że niesie się przez to cholerne życie plecak, dawno już jest przeładowany, ale jakoś idziesz, kolejne lata mijają, dźwigasz, dajesz radę. I nagle ktoś dokłada do tego mały kamyk, cokolwiek i upadasz pod ciężarem tego kamyka. Właśnie kamyka, bo przecież do tej pory cały ten ciężar był do uniesienia. Patrzysz na to z boku i mówisz to, co ty do mnie teraz. Ale jak możesz po takim wydarzeniu nagle się rozłożyć? Jak to. Nagle wszystkie szwy puszczają? Palce ci się rozpadają? Włosy? Zęby? Kości? Tracisz wzrok? Jak to możliwe? Przecież to tylko kamyk.
Dygresja 2: Problem polega na tym, że nie znam nikogo, kto mógłby powiedzieć więcej. Muszę czasami wysłuchiwać różnych takich opinii. Nie wiem po co są takie różne opinie. Czy ktoś je specjalnie wymyśla, czy one same się gdzieś rodzą i kuszą, żeby je wypowiadać na głos? Nie, dziękuję. Więc ten ktoś miał powiedzieć coś takiego i to chyba był zryw intelektualny czy coś w tym stylu. Trudno to czasami rozpoznać. W każdym razie takie mam podejrzenie, że to tak działa u większości. Nieważne. W każdym razie taka wypowiedź: No ludzie piszą, ale, słuchaj, piszą, żeby poczuć się ważnymi. To tylko o to chodzi. Żeby zwrócić na siebie uwagę itd., itp.
Ale proszę do mnie tego nie kierować. Nigdy więcej. To mnie nie dotyczy. Bo gdyby można wpisać do mnie hasło, brzmiałoby: noone albo znikąd, albo donikąd. Nic więcej mnie nie definiuje. Więc proszę sobie darować wszystkie ludowe mądrości.
Teraz ta scena z filmu i to, co chce ta scena powiedzieć. Pochodzi z filmu ,,Nietykalni”. Jedna z ostatnich w filmie. Driss zabiera Philippa nad morze. Philippe jest sparaliżowanym milionerem, który zatrudnia do opieki Drissa, chłopaka z przedmieścia, który niedawno wyszedł z więzienia.
Dygresja 3: Wszyscy jesteśmy korpo ludkami. Nawet w takiej małej Wschowie. Nie trzeba przeprowadzać się do korpo metropolii. Wystarczy do tego cholerna Wschowa. Otwierają się usta i zewsząd płyną korpo prawdy, korpo porady, korpo strachy, korpo obserwacje, korpo spostrzeżenia. Bóg jest z korpo w takim korpo świecie, wartości są z korpo w takiej korpo Wschowie i człowiek jest korpo a na drugim biegunie drugi korpo człowiek mu odpowiada na korpo zadane pytanie, odpowiada w korpo stylu z korpo rozjaśniającym zęby uśmiechem wciśniętym w korpo usta.
Ale ten film nie jest na szczęście o korpo prawdach. Dlatego panowie zaprzyjaźniają się. Nie będę streszczał fabuły, bo pewnie większość ten film widziała.
Dygresja 4: Zresztą nie piszę o tym dla kogokolwiek. Wszystko co tutaj piszę, piszę dla siebie. Dla nikogo więcej. Więc, jakby co, to można sobie darować dalszą lekturę. Chciałbym tylko o tym pamiętać. Mógłbym zapomnieć kiedyś. A po co taka niepamięć? Komu to służy? Mnie? Mnie nie służy. Wolę pamiętać.
Więc w tym filmie Driss w wyniku skomplikowanej sytuacji w swojej rodzinie opuszcza Philippa. Obaj wiedzą, że nadszedł taki czas, że trzeba się rozstać. Potem Philippe próbuje zatrudnić kogoś innego do opieki, ale trafiają mu się same korpo ludzkie światy z korpo nieludzką twarzą, zdumiewająco podobne do ludzkiej. Korpo zawsze udaje kogoś innego, coś innego, Boga, człowieka, psa, doniczkę lub kartkę papieru/edytor tekstu, na którym wypisywane są korpo prawdy prawdy prawdy.
(przerwa na papierosa, to mój nałóg, nie twój, dlatego nie będziesz już nigdy więcej ze mną na balkonie, kiedy będę palił papierosa, prawie awangarda, a mogła być kolejna dygresja).
W tym filmie Driss wraca do Philippa. Tylko dlatego, że ten po doświadczeniach z zatrudnianymi korpo ludkami wie, doskonale wie, że nikogo innego nie zatrudni. Zawsze to będzie korpo ludek. Tacy jak Driss zdarzają się raz na kilkaset lat. A i tego nie można być pewnym. Driss wraca i zabiera Philippa nad morze. Ma dla niego niespodziankę, bo wie, co odmieni życie sparaliżowanego milionera. Takie rzeczy mogą wiedzieć jedynie osoby spoza korpo. Naprawdę. Nie żartuję. Mógłbym, owszem trochę pożartować, ale jakoś nie jestem w nastroju. Więc Driss wie, że można być spoza korpo świata, ale to nie wszystko. To jeszcze nie daje szczęścia. Bo życie poza korpo światem jest jedynie odpowiedzią na korpo świat. Tylko tyle i aż tyle. Więc Driss nie zdradza niespodzianki, docierają na miejsce, mężczyzna wwozi Philippa do pokoju, otwiera drzwi na balkon
(tak, wiem, mój nałóg, więcej ze mną nie będziesz na balkonie, bo to nie twój nałóg, kosmetyka)
Więc otwiera drzwi, milioner na wózku, wjeżdżają na taras i Driss mówi: pięknie, prawda? (zdradzę tylko, że widok na morze nie jest niespodzianką przygotowaną przez Drissa). I co na to Philippe? Co ja na to? Noone? Co na to? I Philippe i Noone uśmiechamy się do Drissa. Życzliwie, jak tylko potrafimy. Patrzymy na morze i ten życzliwy uśmiech powoli, stopniowo dogasa, już nawet się nie tli, wystarczy dobry podmuch wiatru i tego uśmiechu nie ma. Nie będzie. Potem znowu patrzymy na Drissa i uśmiechamy się. Szeroko. Serdecznie. Myślimy: Driss się postarał. Zabrał nas nad morze. Należy mu się szczery, prawdziwy uśmiech. I znowu patrzymy w morze. I ten życzliwy uśmiech powoli, stopniowo dogasa, już nawet się nie tli, wystarczy dobry podmuch wiatru i tego uśmiechu nie ma. Jest za to nieskrępowana, trochę wstydliwa, żeby nie urazić Drissa, większa niż morze, które widzimy i dłuższa niż droga, którą przebyliśmy, przerażająca bardziej niż Auschwitz i niestabilna o wiele bardziej niż osobowość Stalina. Jest nicość, mrok. Niczego więcej i niczego mniej.
Dygresja 5: Obejrzyj kiedyś ten film, dotrwaj do tej sceny i wszystko zrozumiesz, tzn. coś zrozumiesz, bo wszystkiego się nie da.
to jest to co lubie chociaz pewnie chuj Cie to obchodzi 🙂
PolubieniePolubienie