Świadkowie stali w jednym rzędzie, jak w starych, polskich wojennych filmach i odpowiadali, jak się okazało, na to fundamentalne pytanie. Wszyscy, świadkowie na tej rozprawie, byliśmy mieszkańcami Wschowy. Staliśmy między powodem, a oskarżonym, jak zdrajcy lub bohaterowie wszystkich tych polskich romantycznych filmów wojennych
(…)
Nagle ten wpis w dyplomie zaczął mnie uwierać. Wiedziałem, że w ogóle mnie nie definiuje, nigdy nie byłem nauczycielem i nigdy nim nie chciałem zostać, może tylko przez chwilę na studiach, ale szybko mi przeszło. Poza tym ten kto zna Wschowę, wie, że zawód nauczyciela trochę się zdewaluował. Poprzedni burmistrz był nauczycielem, obecna pani burmistrz jest nauczycielem i często się słyszy, że nic gorszego miasto nie może spotkać, jak burmistrz nauczyciel. I z tą całą wiedzą, stałem i nie wiedziałem co odpowiedzieć. Miałem mętlik w głowie. Myślałem, kurczę, jesteś świadkiem swojego przyjaciela, ten pewnie liczy, że będziesz mówił prawdę i tylko prawdę, a prawda jest właśnie taka, że jestem nauczycielem, a skoro jestem nauczycielem, to czy mnie, wschowianinowi, można zaufać?
(…)
To z kolei przypomniało mi inne moje doświadczenie. Kiedy w pierwszych latach XXI wieku straciłem pracę i przez jakiś czas byłem bezrobotny. Sporo się wtedy zresztą nauczyłem o solidarności męsko-damskiej. Byłem wtedy już mężem i ojcem i dowiedziałem się (…)

To było dość bolesne doświadczenie, ale za to raz na zawsze zrozumiałem, że człowiek przez całe życie jest sam. Czasami zdarza się, kiedy myślę: wcale tak nie musi być, być może moje jednostkowe doświadczenie wcale nie jest uniwersalne i kiedy – rzadko, bo rzadko – naprawdę czuję, ze jestem blisko, żeby odetchnąć i powiedzieć sobie: nie, człowiek nie jest sam, to nagle wszystko wymyka mi się z rąk i nadal nie wiem, czy to jednostkowa prawda, czy uniwersalna. W każdym razie w tamtym czasie, czyli w pierwszych latach XXI wieku, zdarzyło się, że nigdzie nie pracowałem i pewnego dnia wyjechałem za pracą do Zielonej Góry. W związku z tym, ze przez większość swojego życia w szeroko rozumianej literaturze widziałem swoje miejsce, to zaszedłem do czytelni biblioteki wojewódzkiej
(…)
Przecież starałem się, ubrałem nawet tak, żeby ukryć swoje bezrobocie. Testowałem się przed lustrem. Uśmiech, gesty, wszystko korygowałem, co mogłoby wskazywać na to, że jestem bez pracy. I na koniec, już prawie, kiedy miałem opuścić czytelnię, nagle takie okrucieństwo i pytanie o wykonywany zawód. Pamiętam, ze chciałem pominąć tę rubrykę, ale obawiałem się, ze zza rogu wyskoczy jakiś gorliwy stróż czytelni i na całą salę krzyknie: halo, halo, ale pan nie wpisał jaki wykonuje zawód, proszę uzupełnić rubrykę. I dopiero wtedy wszyscy dowiedzieliby się, ze kombinuję, że jak w sądzie od takiego człowieka prawdy i tylko prawdy raczej nikt się nie dowie. Więc postanowiłem być szczery, maksymalnie i napisałem po dłuższej chwili w rubryce wykonywany zawód: nie wiadomo. I szybko stamtąd uciekłem. Ale prawdę mówiąc i tak wiedziałem, że nie mam dokąd uciec, bo zawsze miałem poczucie, że jestem ze Wschowy (znikąd) i zmierzam do Wschowy (donikąd).

Dodaj komentarz