Poinformowałem ostatnio znajomych o tym, że do końca czerwca przebiegnę 10 kilometrów w 40 minut. Moi znajomi chyba mnie lubią, ale w tej sytuacji zdaje się nadwerężyłem ich granice akceptacji, bo pukają się w głowę i uśmiechają z niedowierzaniem. W sensie takim, że głupoty opowiadam. Rysują coś mi na kartkach, sprawdzają w Internetach i wychodzi im, że 10 kilometrów to przebiegnę, ale nie w 40 minut tylko w godzinę. No, w godzinę to przecież wiem, że przebiegnę, ale w godzinę, to każdy przebiegnie. A tutaj sprawa nie rozbija się o to, czy każdy w tę godzinę pokona 10 kilometrów, bo to psuje zabawę i nie ma przed człowiekiem wyzwania oraz jakiegoś ambitnego celu. A cel jakiś musi być, wyzwanie również. Więc upieram się, że w 40 minut i znajomi chyba dla poprawności naszych relacji poddali się i nikt już nie puka się w czoło, a jedynie mówią: próbuj, staraj się, no pewnie.
Niestety pojawił się problem. Ponieważ moja pierwsza myśl o tym, że zacznę biegać zrodziła się 6 lat temu podczas Bluesobiegów Sławskich. Oczywiście, jak to w moim życiu, trzeba było pięć i pół roku, aby tę myśl wprowadzić w czyn. Niestety okazuje się, że najprawdopodobniej w tym roku Bluesobiegi Sławskie nie odbędą się. Dowiadywałem się u źródła, jeszcze nic pewnego, ale wszystko na to wskazuje. I – proszę mi wierzyć – to mi trochę podcięło skrzydła. Bo od samego początku, ilekroć myślałem o jakimkolwiek udziale w zawodach, to Bluesobiegi Sławskie zawsze od tych sześciu lat nosiłem w sercu. Myślałem, że jak już w końcu zacznę biegać, to koniecznie pobiegnę w Radzyniu, bo tym samym chciałem oddać hołd organizatorom i uczestnikom. Myślałem: o, będzie lał się ze mnie szlachetny pot, słońce będzie mi wyżerać powoli wątrobę, a płuca napełnią się piaskiem. Będę biegł, biegł, biegł, jak biegnij Lola, biegnij. Nic już mnie nie powstrzyma, nie zakłóci rytmu, sensu, oddechu. Nikt i nic.
A jednak. Impreza stoi pod dużym znakiem zapytania. Znowu omówiłem to ze znajomymi. Znajomi/przyjaciele chyba mnie lubią, bo nawet co najmniej dwie osoby zadeklarowały, że to nic, zorganizują mi te Bluesobiegi i nawet medal dostanę i jeszcze firmę zewnętrzną sprowadzą, która czas mi zmierzy i wyniki ogłosi. To miłe oczywiście, że się moi znajomi/przyjaciele tak zaangażowali, chociaż wcześniej pukali się w czoło. Co by jednak nie mówić nie po to w październiku rozpocząłem swoją Odyseję, żeby na koniec dowiedzieć się, że bluesobiegów nie będzie. Jak każdy Żyd, Odyseusz mogę latami kręcić się w kółko, wiatr może spychać mnie na mielizny, sam mogę się spychać, śpiew Syren może mnie nęcić, ale co by się nie działo, wiem, że zmierzam do Itaki, a w tym przypadku do Radzynia. Więc? Co teraz? Będą te Bluesobiegi? Nie będzie? To się niedługo pewnie rozstrzygnie. Wiem natomiast, że jakby co, to będę gotowy przebiec w Radzyniu 10 kilometrów w 40 minut.