Pamięci Bogdana Marciniaka
W jednym z popularnych programów telewizyjnych, jurorzy, co najmniej jeden juror, musi się odwrócić do ciebie, bo siedzi tyłem od samego początku, jeszcze dobrze nie zacząłeś, jeszcze się nie urodziłeś, jeszcze nie popełniłeś żadnego błędu, ani nie błysnąłeś intelektem, a już juror siedzi tyłem, nie wiadomo w jakim celu tak siedzi – od nich tyle zależy, że chyba dlatego tak siedzieć muszą – tyłem do ciebie.
Nie odkryłem jeszcze mitu/archetypu/źródła/praprzyczyny, który ukonstytuował taki stan rzeczy. Sam to przecież czuję, instynktownie nogami przebieram, że to metafora może i z tego jest, z jakichś najdalszych, najprymitywniejszych podniebnych plemion wydobyta, że wszyscy bogowie są odwróceni.
Karykatury bogów/jurorów, Erynie na plaży, anonimowi autorzy.
A jednak kiedy wykonają ten gest, który zresztą – bądźmy szczerzy – nie kosztuje ich zbyt wiele, wobec kogokolwiek, to łudzę się, że i wobec mnie będą łaskawi. A kiedy i wobec mnie milczą, trudniej jest uwierzyć, że do innych przemówią. A kiedy w ogóle cisza jest na planie, ani tutaj nic na nic nie wskazuje, ani tam, wszędzie to samo, ten sam ponury ścisk, gardłowe eR, wtedy nie wiadomo co wybrać, tak stać, czekać, usunąć się, czy co niby robić?