Naiwność humanistów, czyli pasja i nuda dostępne są w knajpach i na uniwersytetach

1.

Najpierw chciałem napisać o Romanie Kołtoniu, bo Roman Kołtoń od dłuższego czasu prowadzi na youtubie kanał Prawda futbolu. Na co dzień nie mam czasu, żeby wsłuchać się lub chociażby poczytać co ciekawszą publicystykę na temat futbolu (poza blogiem Rafała Steca, na który zwrócił mi kiedyś uwagę Adam Muszkieta, który to blog od kilku lat czytam w miarę regularnie), ale ze względu na Mistrzostwa Świata w Rosji, zmieniłem swoje zwyczaje i rozejrzałem się w sieci i trafiłem na kanał Kołtonia. Nie tylko tutaj trafiłem, bo i w tym samym czasie kanał yt Przeglądu Sportowego prezentował się równie interesująco.

W każdym razie od czasu, kiedy w bardzo młodym wieku, jakieś dwadzieścia kilka lat temu, w jakiejś obskurnej knajpie, rozmawiałem z zupełnie nieznajomą mi osobą na temat meczu polskiej reprezentacji, zdałem sobie sprawę, że nieważne kim jesteś, co robisz i ile zarabiasz. Albo jesteś pasjonatem, albo nudziarzem, wtórnym, antyszczepionkowym echem.

Nie pamiętam już jaki mecz omawialiśmy, na pewno jakąś porażkę, która nas rozczarowała. Rozmawiałem, a właściwie słuchałem przez większość czasu pasjonackich analiz możliwości sportowych poszczególnych reprezentantów, wariantów gry, w których się sprawdzają, a w których nie, kadrowych pomyłek na tle tego, co pominięci przez selekcjonera piłkarze grają na co dzień w swoich klubach. Pamiętam, a byłem wtedy chyba na etapie dobrze zapowiadającego się pomocnika murarza, że ta długa, pasjonująca rozmowa zapisała we mnie raz na zawsze pewną obserwację. Pasja jest dostępna na uniwersytetach i w knajpach, wśród ludzi wykształconych i niewykształconych, zamożnych i niezamożnych i odwrotnie: nuda i wtórność jest na uniwersytetach i w knajpach, wśród ludzi wykształconych i niewykształconych, zamożnych i niezamożnych, w domach z betonu i w domach z cegły.

Miałem więc napisać coś o Romanie Kołtoniu, ale w trakcie słuchania jego kanału na yt zdałem sobie sprawę (bo często o tym wspominał), że kończy w tym roku 48 lat (ale to akurat wiem z wikipedii). Rok temu urodził im się syn (to wiem z jego relacji).

 

2.

Później miałem napisać o Marcinie Lutrze. Właściwie o naiwności humanistów, począwszy od Jana Reuchlina, przez Erazma z Rotterdamu po Lutra właśnie. Postacie, które żyły w tym samym czasie, którym wydawało się, że mają wpływ na debatę publiczną. Nie dosyć, że przeceniały ten swój wpływ na losy świata, to jeszcze świat, kiedy tylko była taka potrzeba, traktował ich idee, ich samych do doraźnych rozgrywek politycznych.

Zastanawiałem się kogo tutaj z tej trójcy najlepiej wybrać na okładkę, żeby tę naiwność i niby wyższość (nibylandię humanistyczną) dobrze opisać i wyeksponować. Raz myślałem, że dobrze by się prezentował Reuchlin, bo wpadł, jak na tamte czasy,  na satanistyczny pomysł, żeby Stary Testament tłumaczyć z hebrajskiego, czyli z oryginału. I tłumaczyć się musiał z tego nieustannie i stosem mu grożono i w ogóle herezja nad nim nieustannie wisiała jak topór, bo zamiast głowę nosić nisko, to się Talmudem zajmował i kabałą i w dodatku hebrajskiego się uczył, żeby – bo kto inny miałby to zrobić – tę część biblii przetłumaczyć bez zbędnych, językowych pośredników. Miał Reuchlin wielu sprzymierzeńców, ale i tak na koniec zetknął się ze środkami przymusu. Humaniści w tamtym czasie przez chwilę święcili triumf, wydawało im się, że idzie nowe, że niby myśl, idea, świeżość zatriumfowały. Nic bardziej mylnego.

Ale chyba najbardziej z tej trójcy ujął mnie jednak Luter, który tłumaczył się ze swoich pism cesarzowi Karolowi V w 1521 roku podczas Sejmu Rzeszy w Wormacji. Cesarz ni w ząb nie rozumiał co mówił Luter, bo nie znał języka. Luter jąkał się pierwszego dnia i zrobił na wszystkich słuchaczach przygnębiające wrażenie. Osoby, które tłumaczyły słowa Lutra przekazywały cesarzowi piąte przez dziesiąte. Cesarz był młody i nie interesowały go teologiczne subtelności Lutra. Miał zresztą poważniejsze problemy. Oczekiwał prostej informacji: czy wyrzeka się tego, co do tej pory napisał, czy się nie wyrzeka. Czy to nie takie proste? Po co komu teologiczne warianty, subtelności, humanistyczne rozterki?

Drugiego dnia Lutrowi poszło lepiej i tak poprowadził swój wywód, że jedni zrozumieli, że się chyba wycofał ze swojej kacerskiej drogi, a drudzy przeciwnie. Cesarz i tak nic nie rozumiał. I w ogóle go nie interesowała cała dysputa. Ważne było tylko jedno: czy się wyrzeka, czy nie wyrzeka. Nie wyrzekł się.

3.

A jeszcze później miałem napisać, że brakuje mi sił. Chciałbym, żeby było inaczej. Ale nie. Ot tak, po prostu, choćbym bardzo chciał, to nie, nie mam ich i nie wiem, kiedy je będę miał, czy będę je miał i czy kiedykolwiek miałem.

Dodaj komentarz