Serial Netflixa ,,1983″ niewątpliwie stał się sprawą narodową. Niemal każdy Polak, pytany lub niepytany, zabiera głos w sprawie ,,1983″. Czy obejrzał 1 odcinek, 15 minut drugiego odcinka, czy trzy odcinki i dwa kwadranse czwartego, pięć odcinków z ośmiu, czy całość, każdy od razu czuje, że musi zabrać głos, dołączyć się do narodowej recenzji ,,1983″. Niektórzy przyznają nawet, że gdyby od razu, ale to od razu, naprawdę, tuż po końcowych napisach, czy też w trakcie pierwszych dwudziestu minut pierwszego odcinka, usiedli i napisali co myślą o tym serialu, to klękajcie narody. Nic by się nie ostało. Polska z tektury przy ich recenzji ,,1983″ jawiłaby się, jak potężny gmach zbudowany na solidnych fundamentach. Na szczęście co niektórzy mają litość, przemyślą sprawę, prześpią się ze swoją szatańską retoryką narodowego recenzenta ,,1983″ i na drugi dzień już jakby mniej ich korciło do napisania tego, co jeszcze kilkanaście godzin wcześniej nie dawało im spokoju i wprowadzało w hipnotyczny stan świętego oburzenia. Jakby recenzenckie powietrze z nich uchodziło, a w jego miejsce jakieś inne wstępowało, pobłażliwe może (łaskawsze, łaskawsze może by nawet bardziej pasowało do ich skomplikowanej recenzenckiej natury).
Są tacy, którzy twierdzą, że nie rozumieją fabuły serialu. Wydaje im się, że nic a nic nie zrozumieli. Jacy byli przed obejrzeniem, tacy są po obejrzeniu. Im zapewne i to co dano, zostanie odebrane (ale to tak na marginesie). Są tacy, którzy zadają pytania, czy Musiał musiał, a zaraz potem przepraszają, bo nie wypada w ten sposób zaczynać recenzji skoro aspiruje się do roli poważnego recenzenta, który bierze udział w sprawie narodowej recenzji ,,1983″. Są tacy, dla których fakt, że scenarzysta nie ma na swoim koncie żadnego szczególnego dorobku zakrawa na kpinę z Polaków i polskiej historii.
Pomijam już uwagi mniej lub bardziej nagłaśniane, że scenarzysta nie jest Polakiem tylko Joshua Longiem, a oryginalny scenariusz nie zawierał polskich czcionek typu: ą, ę, ż, ł, ó, ź itp. To jest oczywisty skandal i tutaj recenzenci, jak jeden mąż są zgodni, że ktoś tutaj chyba w tym Netflixie jest bez wyobraźni diakrytycznej, bo tylko popularne na całym świecie znaki diakrytyczne dają nie tylko powód do dumy narodowej (w tej jakże ważnej sprawie narodowej), ale są jednocześnie gwarancją sukcesu. A w tym konkretnym przecież przypadku o niczym takim mowy być nie może.
Są też tacy, którzy analogicznie do problemu dorobku scenarzysty, przyznają, że w sf, to Polacy na polu filmowym zbyt obfitych zbiorów nie mieli w ostatnich dziesięcioleciach. A tutaj proszę, bez dorobku, bez wielkich tradycji, a wizualnie bez zarzutu. No same paradoksy.
Są też tacy, którzy twierdzą, że wielkie oczekiwania wszyscy mieli, wielkie to było wyczekiwanie premiery Netflixa, bo Netflix zapowiedział, że można już czas wielkiego oczekiwania zacząć. Cóż, jest to jedno z najważniejszych narzędzi recenzenckich – wielkie narodowe oczekiwanie na premierę polskiego serialu Netflixa. Dlatego nie dziwi fakt, że takie są głosy na forach, portalach, mediach, facebookach,w komentarzach różnych w różnych miejscach zamieszczane, twitterach i gdzie popadnie – jak te po obejrzeniu 15 minut pierwszego odcinka itd. (więcej możliwych wariantów zamieściłem w pierwszym akapicie, nie wyłączając tak abstrakcyjnej symulacji, jak obejrzenie pełnej, dostępnej puli odcinków serialu).
Są więc tacy i tacy. A że jest ich więcej niż piasku na plaży, uznałem, że najpierw trzeba nimi się zająć, a dopiero potem serialem. Bo, jak mówi alternatywne polskie przysłowie: więcej jest takich i takich niż innych.