W niedzielę będę słuchał kazania wygłoszonego w kościele farnym o godzinie 10:00. Zaraz po nim napiszę kilka słów na blogu w ramach ,,słowa na niedzielę”. Przypomnę, że czytania liturgiczne będę dotyczyły poniższych fragmentów biblijnych: (Iz 6, 1-2a. 3-8); (Ps 138 (137), 1b-2a. 2b-3. 4-5. 7e-8); (1 Kor 15, 1-11); (Mt 4, 19); (Łk 5, 1-11)
***
Fragment z Łukasza, który będzie czytany w najbliższą niedzielę jest o łowieniu ryb. Docelowo o łowieniu ludzi. Rybacy napracowali się całą noc i wrócili z nocki na brzeg z pustymi rękami. Jezus do nich podszedł i powiedział, żeby jeszcze raz zarzucili sieci. Pomimo oporów, tak zrobili. I naprawdę mieli udane łowy. Przyjęło się myśleć w kościołach instytucjonalnych o tym fragmencie, że dowodzi tego, że bez Jezusa nie ma ryb, a z Jezusem są ryby mówiąc kolokwialnie. Albo w zależności od wyznania, że przystępując do katolików, protestantów, prawosławnych, czy do jakiejkolwiek wspólnoty ewangelikalnej będziesz miał ryby, a bez udziału w tej lub innej wspólnocie ryb nie będziesz miał.
Otóż paradoks nauczania Jezusa polega na tym, że przyjmując jego zasady jest tylko gorzej, a nie lepiej. A na pewno tak samo. W ewangeliach nie chodzi o żadną korzyść dosłowną, o żadną korzyść materialną, o żadne coś więcej. I to jest ten podstawowy paradoks chrześcijaństwa. Wytłumaczę to w niedzielę.
***
W nowym ,,Tygodniu Powszechnym” tekst Jerzego Sosnowskiego ,,Czemu nie w chórze”. Zaskoczył mnie autor, bo do niedawna utożsamiałem go z kościołem katolickim, a on się wyraźnie dystansuje, nazywając rzeczy, które się dzieją w tej instytucji po imieniu. W końcu. W którymś momencie pisze, cytuję: oto ponury paradoks: wszystkie zasady, których realizacji tak trudno doszukać się dziś w życiu Kościoła, wierzący poznał właśnie dzięki Kościołowi.
Natomiast inny paradoks zwrócił moją uwagę, a mianowicie interpretacja wiersza Cypriana Kamila Norwida ,,Czemu nie w chórze”, od którego (bystry czytelnik zauważy) wziął się tytuł tekstu Sosnowskiego:
I
Śpiewają wciąż wybrani
U żłobu, gdzie jest Bóg;
Lecz milczą zadyszani,
Wbiegając w próg…
II
A cóż dopiero? owi,
Co ledwo wbiegli w wieś? –
Gdzie jeszcze ucho łowi
Niewinniąt rzeź!…
III
Śpiewajcież, o! wybrani,
U żłobu, gdzie jest Bóg;
Mnie jeszcze ucho rani
Pogoni róg…
IV
Śpiewajcież, w chór zebrani –
Ja? zmięszać mógłbym śpiew
Tryumfującej litanii;
Jam widział krew!…
Paradoks tego utworu polega na tym (czego Sosnowski nie rozumie), że Cyprian Kamil Norwid rozprawia się z nawiedzonym romantyzmem polskim i jego ikoną – Mickiewiczem, używając do tego biblijnych znaczeń.
Ale oczywiście można ten tekst abstrahować od kontekstu historycznoliterackiego i podjąć próbę interpretacji utworu, używając innego klucza. I tutaj znowu wpadamy w pułapkę paradoksu, bo ,,tryumfująca litania”, która tak Sosnowskiego dzisiaj odtrąca od polskiego katolicyzmu jest w swojej naturze właśnie taka od zawsze. Nawet jeżeli Sosnowski instytucjonalny kościół odbierał kiedyś zgoła inaczej.
Sam już dobór przez Norwida biblijnych fragmentów, potrzebnych mu do zobrazowania pewnej myśli jest w duchu instytucjonalny, a mówiąc językiem współczesnym – marketingowy. Dlaczego? Bo rzeź niewiniątek, pochodzący z ewangelii Mateusza (w pozostałych ewangeliach nie ma o tym mowy), to nic innego, jak marketingowa próba nadania większego znaczenia narodzinom Jezusa. Pojawiają się mędrcy, nikt ich o to nie prosi, ale się zjeżdżają do Betlejem, składają tam swoje dary, informują Heroda, że narodził się król żydowski (ten, jak za chwilę się dowiemy jest skory do rzezi niewiniątek) i wracają tam, skąd przyszli. Wiele hałasu o nic. Bo – jak wiadomo – Jezus dla nikogo, a już na pewno dla żadnego świeckiego przywódcy nie był realnym zagrożeniem. Mędrcy za bardzo nie rozumieli w jakim znaczeniu narodził się król żydowski. Ale Mateusz z jakiegoś marketingowego powodu opowiada tę historię. Znaczenie, jakie mędrcy nadają Jezusowi nie ma żadnego realnego przełożenia na los noworodka. A dary, które zostawiają, nie zmieniają bytu rodziny. Jak było biednie, tak jest biednie. Za to jest rzeź w ewangelii Mateusza, jakby naoglądał się ,,Gry o tron”.
Już prędzej relacja Łukasza bliższa jest istocie biblijnego przekazu. Żadnych fajerwerków. Pasterze podczas nocnego czuwania, dowiadują się, że urodził się ktoś szczególny. Idą do Betlejem, opowiadają o tym rodzicom Jezusa, wszyscy się dziwią, pasterze – bo taka ich rola – wracają do swojej pracy. I nic więcej. Bo chrześcijaństwo, to właśnie nic więcej.
***
Paradoks polega na tym, że Sosnowski, chcąc dopowiedzieć o swoich rozterkach w katolickiej wspólnocie, wybiera utwór Norwida, który z kolei – czy tego chce, czy nie chce – obrazuje swoją myśl poprzez marketingową relację Mateusza z narodzin Jezusa. I Sosnowski, i Norwid próbują nadać swoim spostrzeżeniom głębię, dobierając do tego powierzchowne ilustracje.