Wracałem wczoraj wcześniej z pracy, bo około godziny 13:00. W mieście pustki, jak to w małych miasteczkach. Prawie nikogo na ulicach. Jeszcze większe pustki widuję w sobotę i niedzielę. Wtedy mam wrażenie, że oglądam jakiś apokaliptyczny film albo biorę udział w apokaliptycznej rzeczywistości, gdzie na świecie pozostały już tylko trzy osoby. Osoba, która prowadzi dziecięcy wózek, osoba w dziecięcym wózku i trzecia osoba, która czeka na te dwie osoby, które błądzą w świecie po apokalipsie. To dość normalny widok w małych miasteczkach, ale pomyślałem sobie, że tworzymy w tych Internetach absolutną iluzję innego miasteczka. A innego miasteczka nie ma, poza tym, które wczoraj widziałem. Oczywiście kilka godzin później – i trwa to z godzinę, dwie – na ulicach już jest większy ruch. Urzędnicy kończą pracę, nauczyciele kończą pracę, uczniowie kończą naukę w szkołach. W sklepach dłuższe kolejki do kasy Ale za chwilę i to mija. I na nowo miasteczko wraca na swoje postapokaliptyczne tory
Nie bójmy się wizji apokaliptycznego miasteczka. To nic złego. Bójmy się raczej kazań księdza, który przywołuje historie sprzed dwóch tysięcy lat, a nie potrafi niczego autentycznego opowiedzieć o swoim życiu poza tym, że oglądał wiadomości w Polsacie. Obawiajmy się raczej profanowania chrześcijańskich historii z krwi i kości i sprowadzania ich do Tańca z gwiazdami, ale wizji apokaliptycznego miasteczka się nie bójmy.
Bardziej tego się obawiajmy, że w przestrzeni publicznej małego miasteczka nie ma dowodów życia, natomiast nieustannie opowiada się o tym, jak życie wyglądało dwa tysiące lat temu. To tak samo, jakby burmistrz zamiast relacjonować na sesji Rady Miejskiej co robił między sesjami, uznał, że będzie czytał, o czym w tym czasie, 650 lat temu, decydował Kazimierz Wielki. Jedno i drugie, czyli to, co działo się 2000 lat temu i 650 lat temu ma znaczenie dla historyków. Ale z współczesnego punktu widzenia istotne jest, co dzisiaj aktualnie się dzieje w przestrzeni religijnej i świeckiej. I czy dzieje się coś, co jest w stanie porwać tłumy, zapisać się w historii miasta, czy są to tylko działania, zmierzające do przetrwania. Nawet jeżeli celem jest przetrwanie, to nic w tym nagannego. Ważne, żeby nie nadawać przetrwaniu innych znaczeń, bo robi się wtedy niepotrzebne zamieszanie.
Nie bójmy się wizji apokaliptycznego miasteczka. To nic złego. Bójmy się raczej opowieści o tym, że przyjadą do nas turyści, jak przyjeżdżają do Sławy, że powstaną fabryki, tak, jak powstają w Nowej Soli, że o Wschowie będzie głośno w całym województwie, a nawet Polsce, jak o Suwałkach, czy Rzeszowie, itd., itp. Tego się bójmy, nierealnych fantazji o Wschowie, której nie ma i której nigdy nie będzie. Obawiajmy się raczej tego, że ktoś w imię tych fantazji może ledwo łapać powietrze z nienawiści i wycinać w pień wszystko, co jest nie po jego myśli, jak to miało miejsce w poprzedniej kadencji samorządu. Obawiajmy się też tego, kiedy efektownie diagnozuje się jeden z problemów Wschowy, a potem potyka się o własne nogi.
Ale nie obawiajmy się wizji apokaliptycznego miasteczka, gdzie mieszkańcy mają swoje sprawy na głowie i większą dla nich atrakcją jest oczekiwanie na ostatni sezon Gry o Tron niż na Dni Wschowy. Nie obawiajmy się wizji apokaliptycznego miasteczka, gdzie od poniedziałku do piątku życie tętni w szkołach, Urzędzie, OPS, bibliotece, kościele. Czasami w muzeum, czasami w CKiR. I chociaż w większości tych miejsc życie tętni z obowiązku, to nie obawiajmy się tego. Po piątku – tam, gdzie obowiązek tego nie wymaga, życie miasta apokaliptycznego zawęża się jeszcze bardziej. Już mało co tętni życiem. Ale i tego nie trzeba się obawiać.
Obawiajmy się raczej wtedy, kiedy powszechnie słyszy się, że czytanie rozwija. Nie rozwija. Ale o tym napiszę w następnym tygodniu.