Długo radni rozmawiali o ścieżce rowerowej na kwietniowej sesji Rady Miejskiej. Radca prawny w którymś momencie obliczył, że dyskusja trwa godzinę, a zdaniem radcy rozmowa w dużej części nie miała zbyt dużego sensu, bo o czym tutaj gadać, skoro ścieżki rowerowej dalej pociągnąć się nie da. Chciało się może do Lgnia rowerem dojechać, ale się nie dojedzie, bo jest problem z własnością gruntów. Gmina gruntów, na których mogłaby powstać ścieżka, nie ma, a te, które znajdują się po drodze – dokładnie 150 metrów – są w rękach prywatnej osoby. Więc o czym w ogóle my tutaj mówimy – pytał radca prawny.
To było ważne pytanie ze względu na swój egzystencjalno-filozoficzny rozmach. O czym my tutaj mówimy, w co my tutaj wierzymy, kim my tutaj jesteśmy – pytał radca prawny.
To nie pierwsza zresztą tak wyraźnie zwerbalizowana, egzystencjalna kwestia na tej sesji. Drugą, podobną, miała za chwilę wygłosić radna z opozycyjnego obozu. Ale zanim to się stało radca prawny dowiedział się, ze jest człowiekiem spoza Wschowy, pracuje po to, żeby szukać dziury w całym, wynajęto go za pieniądze i może wie, jak do Wschowy dojechać z tego Babilonu, w którym na co dzień mieszka, ale na pewno nie wie do kogo należą grunty poza Wschową, a przynajmniej do kogo mogłyby należeć. Takiej egzegezy natury psycho-fizycznej radcy prawnego dokonał na sesji radny opozycji, który jeszcze nie tak dawno pełnił rolę wiceburmistrza.
Szczęście za to miał urzędnik, który był podobnego zdania, co radca prawny. Szczęście miał oczywiście w tym sensie, że jest ze Wschowy i trudno mu zarzucić babilońskie korzenie oraz wszystkie konsekwencje z tego wynikające. Urzędnik również stwierdził, ale już bez tego egzystencjalno-filozoficznego zacięcia, że grunty do gminy nie należą i póki co należeć nie będą, bo należą do kogoś innego. Tutaj radny z opozycji, jako się rzekło, nie mógł już urzędnika do jednego worka z najemnikami wrzucić. Wyraził więc szacunek do pracownika Urzędu, ale zaznaczył, że może i grunty do gminy nie należą, ale przecież należeć mogą, mają taki potencjał w sobie, że teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ten teren wykupić. I rzeczywiście teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, praktycznie natomiast grunt należy do prywatnej osoby i tak teoretycznie, jak i praktycznie jest to jedyny, nierozwiązany do tej pory problem.
Na nic więc zdały się głosy radnych, żeby ścieżkę budować. A szkoda, bo niektóre były naprawdę przenikliwe, jak głos radnego z klubu PiS, który słusznie chyba zauważył, że jeżeli ścieżka rowerowa nie wyjdzie poza rondo wolsztyńskie, na rondzie się zatrzyma, to jedynymi adresatami tego odcinka okażą się właściciele ogródków działkowych. Na inny aspekt ścieżki rowerowej zwróciła uwagę radna z samego Lginia, a więc z miejscowości, w której docelowo ścieżka miała znaleźć swój finał, mówiąc, że w sezonie letnim można się w Lginiu zanudzić, kiedy słońce złośliwie ukrywa się za chmurami. Gdyby była ścieżka z Lginia do Wschowy i ze Wschowy do Lginia, turysta w taki dzień wybrałby się rowerem do królewskiego miasta, żeby zobaczyć wszystkie jego zabytki i ciekawe miejsca. A tak znowu pozbawiamy turystę tej możliwości. Chociaż między Bogiem a prawdą, słuchając radnego opozycji, który dostrzega w ludziach spoza Wschowy płatnych najemników, to można mieć wątpliwości, czy w całej tej ścieżce chodzi o to, żeby jakiś turysta, na stałe zamieszkujący w Babilonie, a wypoczywający w Lginiu, miał zgodę na to, by z tej ścieżki rowerowej korzystać. Raczej – tak mi się wydaje – ze ścieżki mieli korzystać tylko rodowici wschowianie i nikt tutaj turystów z Lginia chlebem i solą witać nie miał zamiaru.
Wreszcie, prawie na koniec inna radna zapytała wprost: co się tutaj do cholery wyprawia w tym mieście. O co w tej Wschowie właściwie chodzi? Na te pytania nikt radnej jednak nie odpowiedział. Może dlatego, że radna ma skłonności do zadawania egzystencjalnych pytań, a z tego co się orientuję ani w Urzędzie, ani w samej radzie nie ma nikogo po kierunku filozoficznym, stąd na tak postawione dictum nikt szczególnie nie wyrywał się do odpowiedzi. Radna nie ustawała jednak i wierciła dziurę w brzuchu miasta, pytając: Co my właściwie w tej Wschowie mamy mieć? Bo wygląda na to, że już nie ma na nic, już nic nie ma.
I chociaż radna kreśliła dość dantejski scenariusz i Wschowę widziała w apokaliptycznych kolorach, to jednak coś w tej Wschowie mamy. W sensie ścieżki rowerowe są. Mamy przecież dwie. Nie wiem czy to dużo, czy mało, jak na 30 lat wolnej Polski. Dla jednych to dużo, dla innych mało. Może oczywiście pewna tendencja niepokoić, bo najpierw powstała jedna ścieżka w 2008 roku, licząca sobie około dwa kilometry, prowadząca do Dębowej Łęki. Potem minęło 10 lat i powstała druga ścieżka, prowadząca do ronda wolsztyńskiego, licząca sobie 690 metrów. Mamy zatem dwie ścieżki, biegnące w dwóch różnych kierunkach. Jedna – dłuższa – w kierunku Polski wschodniej, druga – krótsza – w kierunku Polski północnej. W kierunku Polski zachodniej chyba nie ma sensu budować ścieżki, bo zaraz mamy granicę z Niemcami i znowu czekałaby nas kłótnia o to, dlaczego nie ciągniemy dalej ścieżki, skoro teoretycznie moglibyśmy od sąsiadów z Niemiec wykupić trochę gruntów. Więc może ten kierunek sobie darujmy. No i pozostałby jeszcze ostatni szlak w kierunku południowej Polski. I w ten sposób cała Polska stałaby dla nas otworem. Zatem nie Lgiń, ale chyba Siedlnica powinna być następnym kierunkiem. Gdzieś na tej trasie powinien powstać fragment ścieżki rowerowej. Na przykład z Siedlnicy w kierunku Wschowy do tego zakrętu w prawo, gdzie leży teren Ikei. Żeby nie było, że zawsze ze Wschowy musi dokądś biec ścieżka rowerowa. Tutaj bądźmy innowacyjni, niech tym razem ścieżka rowerowa biegnie w kierunku Wschowy, ale do Wschowy niech nie dotrze. W ten sposób byśmy spłacili wszystkie rachunki. Przynajmniej wobec świata, a dokładnie jego kierunków geograficznych, tych głównych.