We wtorek posiedzenie miała komisja Budżetu i Majątku Gminnego. Komisja składa się z pięciu osób, przewodniczącym jest Tadeusz Sobczuk. Na komisji pojawiło się czterech jej członków. Nie pojawiła się radna Katarzyna Owoc-Kochańska. Zresztą kto był na komisji, widać na zdjęciach, które robił Olek. Mnie nie widać na tych zdjęciach, a byłem tam. Siedziałem razem z nimi. Przy jednym stole. Po lewej mojej stronie siedział radny Przemysław Gliński, po prawej stronie absolwentka Politechniki Poznańskiej – Patrycja Sobczuk. Łącznie było czterech członków komisji, ośmiu pracowników Urzędu, trzech przedsiębiorców i jeden ja, nie wiadomo właściwie kto. Ale do tego jeszcze wrócę.
Muszę przyznać, że popełniłem błąd. Wiele błędów popełniam, ale ten chyba był pierwszy tego rodzaju. Wchodząc do sali obrad, udałem się w kąt sali. Żeby nie przeszkadzać radnym i pracownikom Urzędu. Mam to już wyćwiczone i wiem, że na komisjach lepiej nie rzucać się nikomu w oczy. Najlepsza dla radnych i urzędników, jak i dla mnie jest sytuacja, kiedy oni zapominają, że na sali znajdują się inne osoby poza nimi samymi.
Mam też niekoniecznie miłe doświadczenia z obrad różnych komisji, kiedy radni lub urzędnicy kilka razy dawali do zrozumienia, że na sali znajduje się obcy (inny) i wszystkiego mówić nie należy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że do niedawna byłem dziennikarzem i nigdy nie było wiadomo, co z takiego spotkania wyniosę, o czym napiszę i jakie będą z tego konsekwencje. Poza tym, nie oszukujmy się, mam najczęściej wyraz twarzy ponurego żniwiarza, a to też nikogo optymizmem nie napawa. Chociaż z ulgą muszę przyznać, że obserwując aktorów wtorkowej komisji niemal każdy ponurego żniwiarza odgrywał. Więc tutaj moglibyśmy sobie podać ręce i uznać, że co, jak co, ale należymy do jednej rodziny ponurych żniwiarzy. Przynajmniej to nas łączy.
Wracając jednak do tematu. Popełniłem błąd, bo udałem się w ten kąt sali i dałem namówić się radnemu Glińskiemu, żeby nie siadać gdzieś tam w kącie tylko z nimi wszystkimi, przy jednym stole. Że będzie raźniej. Więc usiadłem. Nie dlatego, że mam takie przekonania polityczne, że wszyscy jesteśmy równi i wszyscy przy jednym stole powinniśmy siedzieć. Nie. Usiadłem z grzeczności. Człowiek mnie do stołu zaprasza, to co mam zrobić? Odmówić? Nikt nie odmawia, a ten odmawia? Już coś kombinuje, węszy, przyszedł taki i zachować się nie umie? Więc usiadłem. Z nimi. Przy jednym stole. Przyszedł Olek i zdjęcie zrobił tak, że mnie tam nie widać, jak z nimi siedzę. No może coś widać, czubek głowy, ale czyj on jest, czy w ogóle do kogoś należy, tego już nie wiadomo.
W każdym razie usiadłem z nimi wszystkimi. I to był błąd, bo zamiast skupić się tylko na tym, co oni tam przy tym stole mówią, jakie sprawy omawiają, to jednocześnie zwracałem uwagę na inne okoliczności. Obok mnie radny Gliński robił na przykład notatki. Nie takie, jak ja, bo starałem się mniej więcej wszystko zapisać, żeby mieć jakiś punkt odniesienia. Radny zapisywał wnioski, które pojawiały się po każdym z omawianych punktów. To były takie syntezy, wynikające z poszczególnych bloków tematycznych. Więc zaglądałem radnemu przez ramię, co też tam radny pisze. Ile już ma punktów na kartce, czy jego wnioski zgadzają się z moimi obserwacjami. Nic jednak nie dojrzałem. Wzrok mam słaby. Miałem jednak wrażenie, że radny pisze dość czytelnie, chyba też nienajgorszy ma charakter pisma. Litery duże. Rozmieszczenie wniosków również czytelne. Nie wiem tylko, czy radny coś potem z tymi zapisanymi kartkami robi, czy w domu je przepisuje na jakąś inną kartkę, czy po wyjściu z sali obrad wyrzuca do kosza, czy może później gdzieś te zapiski gubi. Czy ma na te kartki jakąś teczkę? Zapytam przy okazji, bo warto wiedzieć, czy notatki mają później jakieś drugie życie, czy je się tego życia pozbawia po wyjściu z sali.
Przyglądałem się też pani skarbnik, która na komisji pojawiła się z głównym księgowym. Oboje przynieśli ze sobą co najmniej dwa, grube segregatory. Do tego chyba jeszcze inne dokumenty. Te segregatory położono na stół, przy którym wszyscy siedzieliśmy i one sobie tak leżały. Wiceburmistrz Marek Kraśny też przyszedł z jakimiś dokumentami, też je obok siebie położył, nawet raz chyba z nich skorzystał, ale z tych grubych segregatorów nikt raczej nie korzystał. Myślałem w pewnej chwili, że pani skarbnik puści je w obieg i każdy sobie będzie mógł do nich zajrzeć. Ale nie. Może się komuś wydać, że to nieważne, co urzędnicy mają w tych segregatorach, które przynoszą na komisje. Mnie się wydało, że to ważne. To znaczy, ważne o tyle, o ile ich zawartość ma coś wspólnego z tematyką komisji. Niestety nikt tego nie sprawdził. A przecież mógł nowy wiceburmistrz powiedzieć na przykład: pani skarbnik, proszę pokazać mi te segregatory, które pani z głównym księgowym przyniosła. Chcę się przekonać, że one się nam dzisiaj do czegoś przydadzą. Mógłby tam zajrzeć i na przykład stwierdzić – nie, nie przydadzą się. Proszę przynieść inne segregatory.
No i takie rzeczy przy tym jednym stole rzucały mi się w oczy. I uznałem, że muszę o tym napisać, że to błąd i więcej go nie powtórzę. Ale notatki też mam z tej komisji i o tym też kiedyś napiszę, bo po coś je tam sobie robiłem. Tylko rozczytać się w nich muszę.
Dodaj odpowiedź do rklanblog Anuluj pisanie odpowiedzi