Od sześciu miesięcy na youtubie wisi materiał Zbigniewa Wodeckiego with Mitch&Mitch Orchestra. Pełny zapis ze Studia Koncertowego Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego z 2014 roku. Wiedziałeś o tym, drogi czytelniku? Bo ja nie miałem o tym zielonego pojęcia. Nie wiem, jak ciebie, ale nikt mnie o tym nie poinformował. Nie zadzwonił, żeby uprzedzić, a wydawało mi się do tej pory, że między ludźmi kultury, braku kultury, a nawet między takimi, którzy krążą między tymi dwoma światami, pewne gesty są na porządku dziennym. Że już się czegoś nauczyliśmy. Jak chociażby tego, że należy zadzwonić, poinformować, przynajmniej w dniu premiery, jeżeli wcześniej nie było na to czasu.
Może i bym nie zwrócił na to uwagi, ale musisz wiedzieć, drogi czytelniku, że mój tato przypominał wszystkim Zbigniewa Wodeckiego. Tak. Nie żartuję. Sam się dziwię, że ludzie, odpowiedzialni za kulturę w tym mieście, nie wykorzystywali tego faktu. Wystarczyło, żeby postawili w mieście ogromną scenę, taką, o której marzą najwięksi artyści tego świata, wysoką, tak wysoką, że, by artystę dojrzeć, trzeba by wysoko zadzierać głowę, a i tak, słońce, wystające zza drzew, karciłoby takiego śmiałka, że się odważa artyście w oczy spojrzeć, więc gdyby tylko chcieli, to tato, mógłby na tej scenie stanąć, kiedy jeszcze nosił długie, zdrowe, gęste i naturalnie kręcące się, zawijające włosy. Miał przy tym uroczą, jak każdy prawdziwy artysta, szczelinę między górnymi jedynkami, nosił okulary na nosie, jak prawdziwy Wodecki i mógł co roku występować na wschowskich scenach plenerowych i śpiewać z playbacku, bo zdaje się, że każdy w tamtych czasach z playbacku śpiewał. Mógł być Zbigniewem Wodeckim, gdyby ten nie miał akurat czasu do miasta przyjechać na jakieś letnie występy. Tato by go spokojnie zastąpił, podejrzewam, że na tyle dobrze, autentycznie i przekonująco, że wypełniłoby to jego życie na następne lata, a może i dekady.
Pewnie zastanawiasz się, drogi czytelniku, czy aby nie przesadzam. Nie. Nie ma w tym nawet grama przesady. Kiedy widziałem w telewizorze Zbigniewa Wodeckiego, jak odrzuca włosy do tyłu, jak je poprawia takim charakterystycznym gestem człowieka, który ma co poprawiać na swojej głowie, jak gdzieś nad uchem lewym, czy prawym jakiś kosmyk włosów odganiał, ech, to tak samo, jakby to robiło on, tato. Kiedy z kolei patrzyłem na niego, siedzącego przed telewizorem, jak odrzucał włosy do tyłu, jak je poprawiał, takich gestem, charakterystycznym dla kogoś, który doskonale wie, że jest co poprawiać w odróżnieniu od osób, które dawno się takiego gestu musiały wyrzec na rzecz innych gestów, już mniej spektakularnych, więc, jak na to wszystko patrzyłem, przyglądałem się, to widziałem przed oczami Zbigniewa Wodeckiego. Kropka w kropkę.
Żebym tylko ja to widział, to pół biedy, ale widzieli to moi kumple, którzy wpadali czasami do naszego domu. Jeżeli tylko tato akurat przebywał gdzieś w okolicy i dał się gdzieś zauważyć, przyłapać, zaobserwować, to nie pamiętam, żeby ktokolwiek nie zwrócił na to uwagi. No Zbigniew Wodecki. Wypisz, wymaluj.
Zatem co powstrzymywało ludzi, którzy na co dzień tworzyli kulturę w tym mieście, żeby wpaść do nas raz, dwa razy do roku i zaproponować, żeby tato odegrał Zbigniewa Wodeckiego? Tego nie wiem. Nikt przecież tego im nie bronił, sam tato, na tyle, na ile zdążyłem go poznać, zgodziłby się zapewne i nie domagałby się zaraz nie wiadomo jakiego wynagrodzenia. To nie był człowiek nie wiadomo jakich potrzeb, nie doprowadziłby przecież budżetu miasta do ruiny, co to, to nie. Miasto nie musiałoby wypuszczać obligacji na tę okazję, żeby sprostać jego wymaganiom. Umówmy się, tato nie przypominał Julio Iglesiasa, ale nie mniej wybitnego, ale jednak znanego lokalnie, Zbigniewa Wodeckiego.
Nie wiem tylko czy tato był świadom tego, że przypomina wszystkim Zbigniewa Wodeckiego. Nigdy z nim o tym nie rozmawiałem. Być może, jak większość mężczyzn w jego wieku, mógł domniemywać, że przypomina Alana Delona, francuskiego aktora, kojarzonego z francuską Nową Falą, który wszystkim wydawał się wtedy symbolem męskiego ideału. Może to był powód, dla którego nie można było się z nim dogadać w tej kwestii, gdyby tylko ktoś planował podjąć taką próbę.
Piękny text. A kiedy czytałam to znajomo brzmiące słowo „tato”, które wychodzi spod Twojego pióra i kiedy to słowo dźwięczało mi w uszach jak jakaś znajoma acz niedościgła i tęskna melodia mego dzieciństwa i całego życia, i kiedy oczami wyobraźni słyszałam jak słowo to wypowiadasz, jak mówisz: tato, jak usta twe wymawiają to słowo z jakimś ciepłem, które w sobie ma, z tym wszystkim co ze sobą niesie, z tym bagarzem uczuć, kosmosem miłości to kilka, wielkich jak groch łez, spadło na ziemię żyzną, i wydało plon obfity.
Kocham Cię kochanie moje.
PolubieniePolubienie