Na naszym osiedlu mijałem dzisiaj na chodniku taką mieszankę warzywną, składającą się z kilku fasolek, może kilkunastu, dwóch, może trzech połówek ziemniaków i jednego pomidora.
W sumie nie wiem, czy mogę używać określenia, że tę mieszankę znalazłem na naszym osiedlu, bo jestem tutaj od niedawna, raptem kilka lat, palę papierosy na ławce do tego stopnia, że jak ktoś tę ławkę zajmie, a ja przenoszę się na drugą, to sąsiedzi podpytują, żartując, że miejscówkę zmieniam i co się stało, że do tego doszło. Zdaję sobie też sprawę, że od pewnego czasu to miejsce może wielu osobom kojarzyć się z bezrobotnym, byłym dziennikarzem, który jara nieustannie pod blokiem fajki. Więc czy na pewno jestem częścią tego osiedla, to chyba historia już osądzi.
Nie zmienia to jednak faktu, że tę mieszankę warzywną mijałem dzisiaj, w niedzielny poranek, a potem i wieczorem, więc co najmniej z dwa razy. Ktoś zapyta, a dlaczego nie posprzątałem tej mieszanki. Mam na to odpowiedź. Jak ją zobaczyłem, pomyślałem, że o niej napiszę, ale wcześniej zrobię zdjęcie. Ale – chyba każdy mniej więcej wie, jak wygląda jego niedziela i że to dzień święty, żebyś święcił – nie byłem pewien, czy wypada mi w niedzielę z aparatem kłaść się na chodnik i z perspektywy chodnika fotografować fasolki i rozdeptane ziemniaki i pomidora. Bo jeszcze w zwykły dzień, to jakoś by to chyba przeszło w sposób niezauważony, nie rzucałoby się tak w oczy. Najwyżej ktoś by powiedział: patrz, a ten bezrobotny, to teraz z nudów zdjęcia robi mieszankom warzywnym, a mógł robić zdjęcia burmistrzowi i jego zastępcom. Co za upadek człowieka.
Więc przez to, że to była niedziela – chodziłem, kręciłem się i w końcu zdjęcia nie zrobiłem, a i posprzątać, też nie posprzątałem. Więc wychodzi na to, że nie dosyć, że palę, to jeszcze nie sprzątam mieszanek warzywnych. Żadnych lajków z tego mojego osiedlowania tutaj nie ma, jak widać.
W każdym razie, kiedy tak sobie myślałem o tej mieszance, bo założyłem, że komuś wypadła z rąk i nie było chyba sensu jej podnosić, no nie wiem, ale pomyślałem sobie przy okazji, że nie dosyć, że sam się tak zaplątałem w życiu, że wszystko trzymam kurczowo w rękach, żeby tylko czegoś z nich nie wypuścić, to jednocześnie świat taki ujrzałem, który kurczowo dziesięć srok za ogon trzyma i za cholerę żadnej nie pozwoli się uwolnić. A tutaj, w takiej Wschowie, proszę, mieszankę warzywną ktoś upuścił, na chodniku leży roztrzaskana, udeptana, ale jeszcze można ją rozpoznać. Swoją drogą przyjdźcie jutro tutaj popatrzeć, pozwiedzać, być może jeszcze będzie leżała, a przynajmniej jej fragmenty.
Wracając jednak do tej myśli, że człowiek, w tym ja sam, trzyma kurczowo w rękach taką przysłowiową mieszankę warzywną i za nic nie chce jej wypuścić z rąk, bo wydaje mu się, że wraz z tym wszystko się zmieni, słońce zajdzie, ziemia się zatrzęsie albo księżyc przestanie świecić. To patrząc dzisiaj na te fasolki, udeptanie połówki ziemniaków i pomidor, uznałem, że chyba nie.
Że trzeba czasami coś z tych rąk upuścić, niech się rozbije o chodnik na osiedlu, niech go tam ludzie omijają, niech inni rozdeptują, niech on powoli zanika, nic więcej tego, co się upuści, nie czeka. Jedynie tyle, że za chwilę nie będzie po tym śladu.
I tak sobie pomyślałem, że wcale nie muszę zabierać głosu w sprawach, związanych z lokalną polityką. Mogę to wypuścić z rąk. Że być może nie muszę się upierać, że w życiu zawodowym, nie chcę mieć nikogo, kto by mi mówił, co mam robić. Może i to warto wypuścić z rąk. Może warto wypuścić z rąk ten nadmiar ambicji, że można w moim wieku jeszcze wyjść poza osiedle. Może w ogóle warto wszystko wypuścić z rąk. Niech się rozbije o chodnik na osiedlu, nikt tego i tak nie podniesie, samo zniknie, na trzeci dzień już nikt o niczym nie będzie pamiętał. No, może będzie pamiętał bloger. Ale przecież zdarzają się takie sytuacje, że platformy blogowe wypuszczają z rąk blogi i nie ma ich w przestrzeni Internetu, leżą gdzieś na osiedlu kilka dni i ślad po nich ginie. I nie ma po nich śladu.
Dodaj odpowiedź do Gioia Anuluj pisanie odpowiedzi