Jakiś czas temu na blogu postawiłem tezę – niezbyt skomplikowaną zresztą – że czytanie nie rozwija. W tym sensie, jak nie rozwija nas na przykład szukanie informacji o sprawach lokalnych w lokalnych mediach, nie rozwija, jeżeli sprawy lokalne zawęzimy do czytania komentarzy w lokalnych mediach, nie rozwija, jeżeli w tych miejscach nie znajdą się opinie, wypowiedzi, które idą w poprzek tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Nie rozwija, jeżeli nie trafiamy na coś, co wymaga od nas wysiłku, co nam zacznie, mówiąc potocznie, wiercić dziurę w brzuchu lub wytrąci nas z utartego szlaku, którym sobie bezpiecznie podążamy. W tym sensie czytanie nie rozwija, jeżeli na półkach mamy tylko i wyłącznie książki łatwe, lekkie i przyjemne, tego samego gatunku, tych samych autorów itd., itp.
Nie rozwija, jeżeli wszyscy dookoła mówimy tym samym językiem, którym posługują się lokalne media, autorzy książek, które czytamy, programy telewizyjne, w których występują osoby, które również posługują się tym samym kodem, tymi samymi znaczeniami, którzy wraz z nami znajdują się w tym samym kręgu znaczeń, interpretacji, rozumienia czegokolwiek. To nie rozwija. Tak, jak nie rozwija czytanie książek. To tak samo, gdyby człowiek w ciągu dnia jadł tylko i wyłącznie czekoladę i nic więcej. To nie rozwija. To nie pozwala, a wręcz zabrania zrozumieć coś więcej ponad to, co jest do zrozumienia w tak urządzonym świecie.
Rozwijają tylko wyjątki, wydarzenia, książki, opinie, rozmowy, filmy, muzyka, które wytrącają nas z wygodnych pozycji, które zajęliśmy. Bez wyjątków i zdarzeń, rozmów, które idą w poprzek tego, co znamy, a przez to lubimy i akceptujemy, nie jesteśmy w stanie spojrzeć na to, co nas otacza, krytycznym okiem, ale również w sposób kreatywny, nowy, inspirujący dla nas samych i dla pozostałych.
Piszę o tym, ponieważ w ostatnim podcaście, zamieszczonym na stronie @NoweOpinie, wspomniałem o Piotrze Laskowskim, którego w ostatnim czasie miałem okazję wysłuchać w kilku audycjach i obejrzeć w kilku panelach dyskusyjnych. Otóż Laskowski kilka lat temu podczas konferencji, poświęconej Jackowi Kuroniowi, powiedział mniej więcej coś takiego, że oficjalny język, którym posługuje się szkoła (ale również samorząd, my sami, media itd.) niczego nie mówi o naszej kondycji, to nie jest język, którym sobie opowiemy, co nas boli, jakich zmian oczekujemy, w jakim kierunku chcielibyśmy podążać. Laskowski twierdzi, że oficjalny język, który jest powszechnie dostępny, wykastrował nas, a w ramach tego procesu narzucił nam nowomowę, którą posługuje się dzisiaj np. burmistrz, wschowski samorząd, Rada Miejska, wschowianie, zalecając nam w ramach jakiejś nowej odsłony samorządu wypełnianie ankiety na temat pracy Urzędu Miejskiego we Wschowie. To ma być nowa jakość w ramach zbutwiałego, gnijącego języka, który już nic nie jest w stanie nam zaoferować, niczego nam nowego o samorządzie nie powie poza tym, że daje jakiś obraz kondycji osób, które te ankiety wymyślają, które bezkrytycznie posługują się oficjalnym językiem, który nijak ma się do nas i który od lat ulega jedynie erozji i destrukcji.
W ramach tego starego języka, starych przyzwyczajeń, buduje się konsensus, który jest jeszcze groźniejszy niż sam fakt, że ktoś jeszcze w tym martwym języku widzi jakąkolwiek wartość. Ten konsensus polega na tym, że kto posługuje się innym językiem, kto opowiada o samorządzie w inny sposób jest wrogiem porządku, dobrych obyczajów itp..
Ten stary język być może jeszcze uwodzi, bo obiecuje, że czytanie rozwija. Nowy język, którego jeszcze nie ma, który gdzieś tam w kanałach, piwnicach, starych szopach się rodzi, nie obiecuje, że czytanie rozwija, obiecuje zupełnie co innego. Że można się rozwijać, jeżeli odrzuci się ten oficjalny język dyskursu i wyruszy się na poszukiwanie nowego. Tam jest płacz i zgrzytanie zębów, jak mówi pewna stara księga, ale warto w tę podróż wyruszyć.