Próbuję od tygodnia poukładać w głowie myśli, ale mam ich tyle – spostrzeżeń, intuicji, obserwacji, że ilekroć siadam do klawiatury, to one mi się rozchodzą na wszystkie strony, nie mogę ich poukładać w jedną całość. Prawdopodobnie jest ich za wiele i w jednym tekście tego nie zmieszczę tak, jakbym chciał. A, że ostatnio napisałem taki niby nic tekst o potrzebie nowego języka, który zdoła opisać zmieniającą się, jak w kalejdoskopie, rzeczywistość, to też miałem ostatnio poczucie, że nie zadowala mnie już pewien szablon, z którego korzystałem do tej pory, co z kolei miało wpływ na to, że cały czas się zmagałem z jakąś niemocą.
Ten szablon, o którym wspominam, to takie narzędzia do obserwacji, które zapewne każdy posiada, każdy własne, wypracowane latami, narzędzia, które lepiej lub gorzej sprawdzają się, kiedy (za ich sprawą) spogląda się na to, co człowieka dookoła otacza. Owszem, dobrze się bawiłem nagrywając np. podcasty/audycje dźwiękowe, w których, używając ironii, opowiadałem o tym, co widziałem podczas takiej konferencji prasowej w Olbrachcicach. Ale tak zwane szkiełko i oko ironii w mojej ocenie nadają się raz na jakiś czas, do tego, aby za ich sprawą spojrzeć na otoczenie. Nie sposób wiecznie ironizować.
Miałem taką sytuację ostatnio, po nagraniu rozmowy z Małgorzatą Wojnarowską na temat imprez, które odbyły się we Wschowie w ramach inauguracji Europejskich Dni Dziedzictwa, że zwrócono mi uwagę, jakoby środowisko osób, związane z organizacją tych wydarzeń nie jest zadowolone z naszej rozmowy. Zaskoczyło mnie to, a jednocześnie dotarło do mnie, jak bardzo wszyscy jesteśmy przewrażliwieni (co zresztą rozumiem, nie jest tak, że tego nie rozumiem, rozumiem) i jak bardzo sytuacja we Wschowie jest napięta, że dość luźne rozmowy o EDD, próby stawiania tez, które z naszego, subiektywnego punktu widzenia, zrodziły nam się po EDD – mogą nagle zostać odebrane tak, jak zostały odebrane. Zresztą, być może przesadzam, że sytuacja we Wschowie jest napięta, ale na pewno da się wyczuć jakiś rodzaj frustracji wśród osób, które serce i czas poświęcają temu miastu.
Wracając jednak do tego, o czym pisałem w pierwszym akapicie. Poprzedni tydzień, niemal cały, poświęciłem w dużej mierze 44 Festiwalowi Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. I pewnie poświęcę temu osobny wpis. Natomiast teraz zwrócę uwagę tylko na to, że przyglądając się temu, co działo się w ostatnim tygodniu w Gdyni, jakie emocje i kontrowersje towarzyszyły temu festiwalowi, jak bardzo kunktatorski okazał się werdykt jury i jak w trakcie festiwalu aktorzy, producenci i reżyserzy reagowali na bieżące recenzje, które pojawiały się w mediach, czy na youtubie, to jestem pewien, że w pewnym sensie w tej Gdyni, zobaczyłem Wschowę. W tej branży filmowej – wschowską, samorządową branżę z jej gospodarczym, kulturowym, społecznym i oświatowym balastem. W tych ludziach, którzy na co dzień tworzą i myślą o sztuce filmowej – ludzi, którzy na co dzień myślą i tworzą wschowski samorząd na poziomie gospodarczym, społecznym, oświatowym i kulturalnym. I że tak tam (na festiwalu w Gdyni), jak i tutaj (w szeroko rozumianym samorządzie) – wszyscy jesteśmy wyczuleni i przewrażliwieni na swoim punkcie, łącznie ze mną oczywiście. I że niewiele trzeba, aby zakłócić nasze dobre samopoczucie lub nasz dobry sen. Podobnie jak w branży filmowej, tak samo i samorządowej na tych różnych poziomach, które wymieniłem wyżej, wszyscy się starają, pracują nad swoimi kreacjami aktorskimi i samorządowymi – raz wychodzą z tego perełki, raz gnioty, raz efekty rodzą kontrowersje i dzielą środowisko. Czasami nikt, nad tym, co się zrobiło i nad czym pracowało, nie zachwyci się, a raczej spuści zasłonę milczenia. Nie zmienia to jednak faktu, że są to naturalne procesy, z których nie da się wykluczyć żadnej z tych emocji – ani pozytywnej, ani negatywnej, ani neutralnej. Ważne, by w całym tym zgiełku i chaosie wrażeń, opinii, recenzji, a także zgiełku produktów tak filmowych, jak i samorządowych, zachować w miarę świeży umysł i jasność widzenia, bo tylko to – wracając do pierwszego akapitu – może dać poczucie, że się w tym wszystkim nie pogubimy i rzeczy będziemy widzieć takimi, jakimi są, a nie takimi, jak je widzą inni lub jak inni chcieliby, żebyśmy je widzieli. A jak jeszcze do tego dołożymy umiejętność szczerego artykułowania tego, co widzimy, to będziemy posługiwać się tym nowym językiem, o którym wspomniałem w pierwszym akapicie, za którym to językiem tak biegam ostatnio i który wydawał mi się tak odległy.
W pewnym sensie nic, co ma wartość nie jest odległe (tutaj: nowy język), wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Wikłamy się tylko i ograniczamy do tego stopnia, że chwilami stajemy się niewidomi. I chodzimy po omacku. Ale nie jest to na szczęście stan, który z natury, jak się raz do nas przyklei, to już nas nie opuści aż po grób. Nie. To jest stan, którego możemy się pozbyć. Więc – mówiąc kolokwialnie – pozbywajmy się go, jak już się do nas przyklei (niby) na amen.